Mam mnóstwo planów. Jest wiele rzeczy, których chciałabym spróbować, nauczyć się, poznać lepiej. Interesuje mnie sporo tematów tych zawodowych, osobistych i rozwojowych. Wciąż trafiam na coś nowego i myślę sobie: “wow ekstra, chcę więcej”. A potem dopada mnie moja zmora i ze wszystkiego wychodzi wielkie nic.

Nawet ten tekst piszę na kilka podejść. Tu mnie coś rozprasza, tam coś wpadnie nagle do głowy i koniecznie muszę to sprawdzić. Już nie wspomnę o tym, że myślałam o napisaniu tego wszystkiego już parę tygodni temu i oczywiście zabieram się do pracy na ostatnią chwilę. Słomiany zapał i prokrastynacja – to moje oblicze, którego nie znoszę i regularnie rujnuje moje plany.

W moim życiu z reguły panuje chaos. Co zabawne, zawodowo zajmuję się prowadzeniem projektów IT i tam jednak porządek jest wskazany. W pracy daję radę, ale nie ma to przełożenia na życie prywatne. Czasem mam wrażenie, że moja lista “to do” w ogóle nie maleje, a wręcz rośnie każdego dnia. Nie ukrywajmy, że przy dzieciach mamy ogrom obowiązków, a najważniejszy z nich to po prostu być. Niejednokrotnie czułam się przytłoczona… wszystkim! Za dużo na głowie, za dużo nowych pomysłów, za dużo “chciałabym”, za mało czasu i organizacji, a potem ogromny spadek zapału, energii i chęci do czegokolwiek. Jeden wielki dół. Znasz to?

Jak wygląda u mnie organizacja czegokolwiek?

Zawsze z podziwem i lekką zazdrością obserwuję turbo zorganizowane osoby. One w każdej chwili wiedzą co i kiedy powinny robić. Skrupulatnie wypełniają planery czasu, korzystają z różnych aplikacji do zarządzania swoim czasem, realizują plan od a do z. Ja tak nie potrafię.  Wszelkie próby poukładania sobie dnia, tygodnia czy miesiąca kończyły się dla mnie zawsze porażką. Nowy kalendarz lub planer? Ok, wypełnię parę stron, a potem zapomnę o nim na wiele miesięcy. Prawda jest taka, że jeżeli nie wisi nade mną deadline i groźba ostrych konsekwencji, to trudno mi się zabrać do roboty. 

A to wszystko przez moją nieokiełznaną zdolność do prokrastynacji, czyli nałogowego wręcz odkładania wszystkiego na później. Jestem w tym mistrzem! Gdyby były organizowane jakieś zawody, żeby wyłonić największego ociągacza, to wybacz, ale nie masz ze mną szans. I to nie jest tak, że jestem leniwa, bo nie jestem. Jak już zabiorę się za robotę, to wszystko idzie sprawnie i nieskromnie mówiąc, efekty zawsze są dla mnie zadowalające, bo przykładam się do wszystkiego, co robię na 100%. Niestety mój schemat działania wygląda zazwyczaj tak:

  • chcę lub muszę coś zrobić
  • mam na to określony czas
  • robię pierwsze podejście
  • hmmm bez sensu, dzisiaj nie mam weny/chęci/gorzej się czuję/nie jest to takie ważne… (wstaw dowolne) Zrobię to później. Przecież mam czas
  • jeśli to rzecz, którą sama sobie wymyśliłam, to potrafię odkładać to, i odkładać, i odkładać…
  • jeśli to rzecz, którą muszę zrobić, bo terminy gonią, to nagle budzę się “o boże już, szybko, nie zdążę!”

Tak było zawsze w szkole, na studiach i tak zostało mi na co dzień. 

Projkrastynacja – co mówią naukowcy?

Przeprowadzono już wiele badań na temat prokrastynacji i okazuje się, że jest kilka psychologicznych przyczyn tego zjawiska. Oczywiście jak za każdym niepożądanym zachowaniem, za odkładaniem wszystkiego na później również stoi dzieciństwo – autorytarny ojciec, stawianie wysokich wymagań. To wywołuje pasywną postawę i prokrastynacja pełni funkcję takiego cichego buntu. Coś w tym jest.

Kolejną przyczyną prokrastynacji według naukowców może być zaburzona percepcja czasu. To znaczy, że jeśli wyznaczam sobie termin realizacji zadania za pół roku, to dla mnie jest to tak dużo, że przez 5 miesięcy i 20 dni prawdopodobnie będę wychodziła z założenia, że przecież mam jeszcze dużo czasu. Dodatkowo, jeśli założyłabym, że chcę coś zrealizować w lutym 2020 roku, to taki termin jest dla mnie kosmiczny. Nie jest istotne to, że mamy już drugą połowę listopada 2019. 2020 to przecież kolejny rok!

Dlaczego ja odkładam wszystko na później?

Oprócz powyższych przyczyn prokrastynacji, o których mówią naukowcy, ja widzę też pewien plus. W moim przypadku wygląda to tak, że zbliżający się deadline jest dla mnie najlepszym motywatorem. To wtedy zakasam rękawy i lecę z koksem. To wtedy nagle wiem, jak poradzić sobie z trudnościami, jak rozbić wielki klocek na mniejsze części, żeby krok po kroku zmierzyć się z dużym wyzwaniem. Jestem typem, którego motywuje presja czasu, lekki stres i wizja konsekwencji działa na mnie najlepiej.

Ale mogłabym przecież tego uniknąć. Mogłabym rozbijać duże zadania na mniejsze, realizować wszystko stopniowo, konsekwentnie i bez pośpiechu. Mogłabym zabierać się za robotę od razu, wykorzystując czas, który wielokrotnie bez sensu ucieka mi przez palce. Pewnie, że mogłabym. Tego właśnie chciałabym się nauczyć.

A słomiany zapał?

Konsekwencja i systematyczność to dla mnie taka zmyślona kraina, do której nigdy się nie dostanę. Ile razy coś zaczynałam?! Zaczynałam biegać, ćwiczyć, uczyć się różnych rzeczy i każdy początek był dla mnie fascynujący, pełen nadziei, czułam, że mogę wszystko. Po paru dniach, czasem tygodniach po cichutku porzucałam podjęte działania, bo nie miałam czasu, nie chciało mi się, raz sobie odpuszczę, to nic się nie stanie. Stało się.

Tu nie muszę nawet szukać naukowych wyjaśnień. Dokładnie wiem, dlaczego tak się dzieje. Ja po prostu za dużo chcę na raz! To jest trochę tak, że nie potrafię się skupić na jednej rzeczy. Zaraz do głowy przychodzą mi inne pomysły, które koniecznie chciałabym zrealizować. W konsekwencji nie mam czasu na jedną rzecz, żeby zrobić ją porządnie. Tadam.

Wiesz, że do tej pory ten blog jest jedynym projektem, który konsekwentnie prowadzę od ponad czterech lat? Tak, w tym roku minęły 4 lata od pierwszego wpisu! Sama jestem pod wrażeniem, że tak długo wytrwałam, patrząc na wszystkie inne przedsięwzięcia, które kończyły się klapą. I po tych czterech latach doszłam do punktu, w którym bardzo pragnę zmian. Z moim roztrzepaniem i wariactwem w głowie zrodziło się kilka pomysłów, wyłoniłam najlepszy i… tu wchodzą słomiany zapał pod rękę z prokrastynacją. O tych zmianach myślę już od kilku miesięcy! Do tej pory nic konkretnego nie zrobiłam i pluję sobie za to w brodę. Mimo wszystko mam cichą nadzieję, że właśnie ten tekst, którego 80% powstaje właśnie dzisiaj, bo taki sobie wyznaczyłam deadline, będzie początkiem czegoś nowego. Przede wszystkim będzie początkiem walki ze swoimi słabościami. Do tej walki zachęcam też Ciebie. W końcu nikt za nas życia nie przeżyje, a ja nie chcę żałować, że czegoś nie zrobiłam. 

Do dzieła!