Jeszcze parę miesięcy temu przeglądałam co sezon strony internetowe sieciówek w poszukiwaniu kolejnych “must have”. Jeszcze parę miesięcy temu łyknęłabym wszystko z wystaw, po prostu, jak leci, bo to akurat modne. Jeszcze parę miesięcy temu załamywał mnie fakt, że nie mogę mieć tego wszystkiego, co mieć bym chciała, a chciałam bardzo, nie wiedzieć czemu. Teraz wszystko jest inaczej.

Kiedyś byłam królową wyprzedaży. Za 200 zł potrafiłam kupić 2 pary spodni, jakąś sukienkę, kilka bluzek. Oprócz tego co miesiąc coś – na pocieszenie, w nagrodę, bez okazji, bo mam ochotę. Nawet jeśli budżet tego nie przewidywał, ja bez skrupułów szłam “na spacer” po sklepach, żeby znaleźć okazję, a potem przecież jakoś będzie. Ciągle było mi mało, ciągle czegoś brakowało, ciągle coś na kimś zachwycało i ja też to chciałam mieć. Chore. Normą było to, że trzeba uzupełnić szafę przed sezonem. Jezu… jaka ja byłam głupia.

Dzisiaj myślę o tym zupełnie inaczej. Przede wszystkim nic nie muszę. Ten rok jest dla mnie bardzo ważny. Dokonał się jakiś taki przełom w mojej głowie, otworzyłam oczy i dostrzegłam, że tkwię w samym środku konsumpcyjnego bagna. Dałam się wciągnąć w machinę pożądania, która obecnie coraz mocniej wciąga ludzi, bo ma do tego lepsze narzędzia. To już nie są tylko reklamy, zdjęcia w kolorowych gazetach i billboardy na ulicach. Teraz to zwykli ludzie, z którymi się utożsamiamy i chcemy być podobni. Widzimy ich na fejsie, obserwujemy na instagramie, dajemy serduszko każdego dnia, kiedy kolejne influencerki wrzucają swoje stylizacje. Nóżka wyciągnięta do przodu, tyłek nieco wypięty, głowa przekrzywiona. Jest cool. A jak wspaniale się czujemy, kiedy odpowiedzą na nasz komentarz! Tym bardziej chcemy być podobne, nosić te same ciuchy, lansować się w modnych miejscach i urządzać mieszkania na wzór insta. 

Na każdym kroku wciskany jest nam komunikat, że powinniśmy coś mieć, bo dzięki temu będziemy lubiani, podziwiani i spłynie na nas fala zachwytów. Designerskie zabawki dla dzieci, urocze mebelki i tkaniny, ciuchy, dodatki, kosmetyki – bez tego jesteś nikim. Tak sobie pomyślałam, że hitem byłyby sklepy sprzedające całe sety stylizacji od wystroju salonu po strój na niedzielne wyjście z domu. Takie opakowanie życia. To bardziej czyjeś życie, ale tak dużo ludzi chce żyć, jak inni i nie potrafię odnaleźć siebie. Sprzedałoby się. 

I tak obserwuję to wszystko i rzygać już mi się chce. Patrzę, jak wszyscy ślepo podążają za rzeczami bez wartości i naprawdę mam dość. Spoglądam na ogrom rzeczy, który nas otacza i nie czuję się w tym świecie. Jest mi źle, jestem tym przytłoczona i mówię stanowcze “stop”. Przepraszam, bo mogę pisać nieco chaotycznie, ale ten temat wywołuje we mnie tak dużo negatywnych emocji, że nie mogę pozbierać myśli w sensowny szyk. Już po prostu kipi ze mnie złość i nie ma we mnie zgody na obecny kształt rzeczywistości. Przelało się. 

PRZEPROWADZAM OSOBISTĄ REWOLUCJĘ

Dojrzewałam do tego kroku i potrzebowałam czasu, żeby zrozumieć pewne rzeczy. To nie jest też coś, o czym chciałam szumieć przed wszystkimi, że łohoho teraz podziwiajcie, co postanawiam i zróbmy sobie z tego kolejne śmieszne wyzwanie, które po paru tygodniach zostanie zapomniane. Nie. Na moją decyzję składa się wiele elementów, które mocno mnie uwierają, a w pewnych aspektach wręcz rozrywają serce. 

Ostatniego dnia czerwca po cichu postanowiłam, że nigdy więcej nie kupię ubrań z żadnej sieciówki. Nigdy więcej nie kupię czegoś, czego nie potrzebuję. Nigdy więcej nie będę się dowartościowywać rzeczami. 

Po jakimś czasie powiedziałam mężowi o moim wewnętrznym manifeście. On zapytał dlaczego, a ja wylałam z siebie wszystkie żale, które kumulowały się we mnie od dłuższego czasu. Wysłuchał, przytaknął i powiedział, że to dobry kierunek. Ulżyło mi. Teraz wyrzucam to w eter z cichą nadzieją, że zainspiruję kogoś do wprowadzenia w swoje życie zmian. 

DLACZEGO NIE BĘDĘ WSPIERAĆ SIECIÓWEK

Nadal jestem na etapie buntu przeciwko przemysłowi modowemu. Wiesz, to taki etap, w którym masz ochotę demonstracyjnie palić to, co zalega w szafie i wykrzykiwać nośne hasła. 2 miesiące już sobie to układam w głowie, ale nie jest to łatwe, bo wciąż trafiam na kolejne artykuły związane z tym problemem i emocje nadal się kotłują w środku. 

Do brzegu! Mam swoją listę argumentów przemawiających za tym, żeby nigdy więcej nie przekroczyć progu odzieżowych sieciówek. Myślę, że nic odkrywczego w niej nie ma, ale prawda jest taka, że nie myśli się o tym wszystkim na co dzień. Niektóre kwestie są ignorowane, niektóre może wciąż nie zostały odkryte przez innych, inne mogą wydawać się błahe czy bez sensu. Nie wiem. Dla mnie są istotne, a uświadomienie sobie, jak szeroki jest problem kupowania ciuchów w sieciówkach i jak wpływa na nasze życie, okazało się dla mnie oczyszczające. 

Co stoi zatem za moją decyzją? 

Nie chcę uzależniać bycia szczęśliwą od posiadania czegoś. To nie rzeczy sprawiają, że czujemy się dobrze. Ktoś może mówić, że zakupy sprawiają mu przyjemność, ale jak ulotna ta przyjemność jest? Istnieje wiele badań na ten temat i udowodniono, że owszem zakupy pobudzają ośrodek przyjemności w mózgu, ale ta przyjemna faza bardzo szybko mija. Potem wręcz często pojawia się kac. Więcej przyjemności odczujesz po spędzeniu fajnego dnia z osobami, które darzysz sympatią i ta przyjemność zostanie z Tobą na dłużej.

Nie chcę być manipulowana. Ten sam schemat funkcjonuje każdego sezonu. Musisz to mieć, to będzie idealne dla ciebie, tym wymodelujesz sylwetkę, tym coś zakryjesz lub uwydatnisz. Do tego dochodzi szereg kłamstw o tym, jakie to wspaniałe rzeczy, bio, organic, wysokiej jakości. Guzik prawda. Wielkie sieciówki fantastycznie wciskają kit, żeby tylko przyciągnąć do siebie ludzi. Zakamarki marketingu potrafią być bardzo mroczne i nawet nie wiemy, kiedy poddajemy się jego wpływowi.

Nie chcę otaczać się rzeczami, których nie potrzebuję. To jest po prostu dramat, ile ciuchów nagromadziłam przez ostatnie lata. Przy każdym porządkowaniu generalnym szafy i tak nie potrafiłam się rozstać z wieloma rzeczami, bo przecież to się przyda, tego jeszcze szkoda, bo sporo kosztowało, no przecież to założę. W efekcie wybieranie stroju przed wyjściem z domu zajmowało mi sporo czasu i przysparzało wiele nerwów, a potem i tak zostawało poczucie, że to nie to. Nie chcę tego już. Czy potrzebna mi jest kolejna para jeansów, choć 4 już leżą w szafie, a kolejna różni się tylko odcieniem czy kształtem kieszeni na tyłku? Gdyby tak ogólnie spojrzeć na archiwum kolekcji z kilku lat, to okazałoby się, że co roku sieciówki oferują nam to samo z małymi różnicami – inne guziki, inny odcień. I po co nam to wszystko?

Nie chcę mieć rzeczy “na raz”. To jest coś, co ostatnio bardzo mnie uderza, bo zaczęłam zwracać uwagę na dobór materiałów i jakość wykonania. Jesteśmy zalani poliestrem i ubraniami kiepskiej jakości! Koszulki po paru praniach do niczego się nie nadają, spodnie przecierają się na tyłku, kolory blakną, wszystko się mechaci. Fast fashion wymusza na nas, żeby co sezon wymieniać garderobę. Ostatnie zakupy, które miałam okazję zrobić przed wakacjami, były totalną porażką. Naprawdę ciężko było mi znaleźć coś ładnego, z dobrego materiału, dobrze wykonanego bez wystających nitek, krzywego przeszycia itd. Na większości metek gościł napis 100% poliester. Przepraszam, ale nie mam ochoty być parówką w folii i to za całkiem sporą kasę. Polecam gorąco poczytać trochę o tym, w jaki sposób powstaje poliester i co ma wspólnego z butelkami PET… Swoją drogą ostatnio mnożą się jak grzyby po deszczu internetowe sklepy z odzieżą damską. W dużej mierze własne marki tworzą właśnie ludzie znani z instagrama i kilka takich sklepów sobie przejrzałam. Ciuchy naprawdę piękne, ładne wzory, uwodzicielskie kroje, ceny nieco wyższe niż w sieciówkach, no ale materiały sprowadzane z Włoch itd. Spódnica za 300 zł, ale spojrzałam na nią i pomyślałam, że no kurde taka piękna, to mogłabym tyle wydać. Spojrzałam niżej na skład materiału. Poliester. Nie dziękuję.

Nie chcę przykładać ręki do niszczenia środowiska na wielką skalę. Ten temat boli mnie najbardziej. Ta moja rewolucja życia dotyczy wielu aspektów, a ciuchy to tylko część. W naszym codziennym funkcjonowaniu chciałabym zmierzać do mocnego ograniczenia wytwarzania odpadów przede wszystkim plastikowych. Ruchy less lub zero waste są dla mnie inspirujące i sam problem niszczenia środowiska i zalewania go falą śmieci jest dla mnie bardzo istotny. I tu niestety branża odzieżowa ma ogromny wpływ na świat. Bo nie wiem, czy wiesz, ale do produkcji pary jeansów potrzebne jest aż 10 000 litrów wody! Bawełna, choć przyjemna w dotyku, to jej uprawa wymaga ogromnych zasobów wody i środków chemicznych, żeby uprawy nie został zniszczone. Z drugiej strony mamy właśnie tani poliester, którego produkcja nie wymaga tak dużych ilości wody, ale zasoby energii już tak i pozyskiwany jest z ropy. Kolejnym niepodważalnym faktem jest to, że ogromne ilości odzieży są wyrzucane. Tu znów kłania się fast fashion. Kupujemy, nosimy sezon, wyrzucamy, bo rzecz już do niczego się nie nadaje. Kiedy myślimy o jednostce, to nie robi to wrażenia, ale pomyśl, że średnio co roku jedna rodzina wyrzuca około 30 kg odzieży, a teraz pomnóż to przez ilość rodzin w Twojej okolicy (a to wciąż mikro skala).

Nie chcę wspierać pracy w nieludzkich warunkach. Kupując nową, piękną bluzkę, w której zrobimy szał na sobotniej imprezie, nie myślimy o tym, kto pracował przy jej produkcji i jak cały proces wyglądał. Prawda jest taka, że większość ubrań szyta jest w Azji, a ludzie tam zapierdzielają w nieludzkich warunkach, z pieluchą na tyłku, bo muszą wyrobić normę 80 sztuk na godzinę. Między innymi dlatego bluzka może kosztować 30 zł.To się w głowie nie mieści.

JAK ZAMIERZAM “ZARZĄDZAĆ” SWOJĄ SZAFĄ?

Nie będę kupować ubrań w sieciówkach. Ok, ale co dalej? Podstawowe założenie mojego postulatu jest takie, że nie będę kupować rzeczy, których nie potrzebuję. Co zrobię, jak coś się zniszczy, czegoś będę potrzebowała? Odpowiedź na to jest prosta – rzeczy używane. Dzięki second handom, które i tak bardzo lubię, czy odkupowaniem rzeczy od innych mogę ograniczyć wytwarzanie tekstylnych odpadów w naszym domu i dać rzeczom drugie życie. Ja wiem, że nie każdy lubi używane rzeczy, ale halo… myślisz, że w sklepie kupujesz nówkę nieśmiganą i sterylną? O nieeee…. 

Jeśli jednak będę musiała już kupić coś nowego ze sklepu, bo nie znajdę nigdzie takiej rzeczy, to chcę wybierać polskie marki fair trade, które szyją rzeczy lokalnie, z dobrych materiałów i tworzą coś unikatowego, wysokiej jakości, za co zapłacę z przyjemnością.

Są jednak rzeczy, które według mnie muszą być nowe i nie dopuszczam tutaj zakupu używanych – bielizna i buty. Mój wewnętrzny głos mówi w tej kwestii “nie”. Ale tu również istnieją marki, które nie produkują swoje rzeczy w sposób zrównoważony i odpowiedzialnie.

Wiem, że wielu ludziom taki sprzeciw wydaje się śmieszny czy mało istotny. W końcu co to zmieni, jak parę oszołomów przestanie zostawiać pieniądze w sieciówkach. Moim zdaniem każda kolejna osoba zwiększająca swoją świadomość i podejmująca kroki w kierunku ograniczenia bezsensownej konsumpcji daje sygnał wielkim firmom, że muszą zacząć działać, bo to, co robią, nie podoba się ludziom. Niestety za wszystkim stoją pieniądze, szczególnie za tym biznesem. Jednak jeśli nic się nie zmieni, ucierpią na tym nasze dzieci i wnuki, bo to one będą żyły na jednym wielkim wysypisku śmieci.