Ciąży na nas kobietach okropne przekleństwo – Poczucie, że musimy być silne, zawsze dawać radę i ogarniać wszystko, bo kto jak nie my. To każe nam napierdzielać i wypruwać z siebie flaki, bo przecież inni patrzą i oceniają. Ciężko nam zwolnić, bo cały czas chcemy spełniać oczekiwania, a tych jest zwykle sporo. Dramat zaczyna rozgrywać się, kiedy okazuje się, że tak się nie da.

Jakiś czas temu odwiedziłam koleżankę, która parę tygodni wcześniej została mamą. Pojechałam z ciachem i dobrym słowem, bo doskonale wiem, jak trudne mogą być początki macierzyństwa. W trakcie dwugodzinnej wizyty 10 razy przepraszała mnie za bałagan, że coś gdzieś leży, że łyżeczka brudna, że talerzyków nie podała. Oho, klątwa wszech ogarniania. Ja, wyznawczyni zasady “jak mam czas i chęci, to robię, a jak nie mam jednego lub drugiego, to nie”, cały czas uspokajałam ją i powtarzałam, że ma wrzucić na luz. No tak, tylko jak? Bo ona chce zrobić jak najwięcej, bo musi nadrobić, bo dziecko nie śpi w nocy, w dzień też kiepsko, ona sama też nie śpi, ale musi robić… i tak w koło Macieju. Boże święty no tak się nie da na dłuższą metę! Moje słowa odbijały się od ściany, a ona zafiksowana na tym, że musi wszystko zrobić, wpędzała się w poczucie winy i beznadziejności.

Ja właśnie takim typem byłam. W życiu nie poprosiłabym o pomoc, bo przecież sama dam radę. Nie umiałam też odmówić komuś pomocy czy spotkania, choć miałam dzień totalnie zawalony i wiedziałam, że to nieco ponad moje siły, ale przecież jakoś się zepnę i dam radę. Pamiętam wiele dziwnych sytuacji, po których myślałam sobie, że dałam się beznadziejnie wmanewrować i obiecywałam sobie, że nigdy więcej. Niestety więcej jeszcze się zdarzało i zawsze JA było spychane gdzieś na bok, bo ktoś mnie potrzebuje. Tylko ile można ogarniać wszystko i być dla wszystkich? Bardzo łatwo się w tym zatracić. Każdy ma swoje granice i choć wydawało mi się, że moje są gdzieś hen za horyzontem, to dzieci sprowadziły mnie na ziemię i pozbawiły złudzeń.

Nie przyszło mi to łatwo i na początku też chciałam zrobić wszystko. Ba, na początku ja po prostu mogłam zrobić wszystko. Pierworodna była bezproblemowym dzieckiem, przy którym wszelkie zmory macierzyństwa takie jak brak czasu, brak snu, brak siebie były dziwnymi mitami bez potwierdzenia w rzeczywistości. Ja myślałam, że kobiety to wymyślają! Przecież miałam luzik. Nie było kolek, zęby pojawiały się niezauważone, nie była przyklejona do mnie bez przerwy i bardzo lubiła ramiona taty. Przy niej, jeśli tylko bym chciała, mogłam walnąć sobie doktorat. A co! I trzeba było wtedy to robić, bo dzisiaj już nie widzę takiej możliwości. Drugorodny pokazał mi, co to znaczy brak snu, wieczne noszenie, ciągły ryk i dosłownie wydzieranie 30 sekund na siku. Przy nim wszystkie moje plany legły w gruzach! A ile ja ich miałam na ten sielankowy rok macierzyńskiego…

Miałam się rozwijać zawodowo, podnosić kompetencje, uczyć języków, ćwiczyć, biegać, czytać. Przy tym wszystkim miałam mieć porządek w domu, nie jakiś przesadny, ale jednak porządek. Miałam mieć też zawsze przygotowane zdrowe jedzenie i kilka innych rzeczy. Minął rok macierzyńskiego i… ogarnia mnie pusty śmiech i sama do siebie mówię “bosze… ale byłaś głupia”. Tak, byłam, bo zaplanowałam to wszystko i nie wzięłam jednej istotnej rzeczy pod uwagę. Otóż do moich planów musiałam dołączyć opiekę 24 h nad drugim dzieckiem, a i pierwsze do kompletu. Co w związku z tym zaczęło się dziać? Wpadałam w okropne doły. Frustracja narastała każdego dnia, bo znów z założonego planu zrealizowałam zaledwie 15%. Wkurzałam się na siebie, na cały świat i na dzieci niestety też. Nie widziałam problemu w tym, że za dużo sobie narzuciłam, tylko w tym, że wszyscy i wszystko uniemożliwiają mi odhaczanie zadań na liście. Bo wyglądało to tak: Jurek śpi, Hania się bawi. Super, mogę pouczyć się angielskiego. Biorę książkę, zeszyt, odpalam ciekawy artykuł po angielsku i… ryk z pokoju. Jurek się obudził. Wieczór, dzieci śpią. Ekstra, napiszę nowy tekst. Włączam komputer, siadam wygodnie i… ryk. Jurek się obudził. Potem to już tak co pół godziny. Ledwo złapałam myśl, skrobnęłam kilka zdań, przeczytałam jeden akapit, zrobiłam jedną serię ćwiczeń i znów muszę biec do dziecka. Wiecznie coś!

Ja już pomijam fakt, że po całym dniu takiej batalii ostatnia rzecz, na jaką miałam ochotę wieczorem, to robienie czegokolwiek. A trzeba było jeszcze dom doprowadzić do stanu używalności! Jak?! Bywają dni, kiedy załadowanie zmywarki brudnymi naczyniami okazuje się mission impossible. Skoro nie daję rady ogarnąć podstawowych rzeczy, bo mój czas w pełni należy do dzieci, to jak zająć się sobą, swoimi pasjami, planami? Poczucie, że twoje własne potrzeby są wiecznie spychane na dalszy plan, jest naprawdę do bani i już wiele razy tego doświadczyłam. A gdzie mąż, zapytacie? Otóż mąż tkwi w tej samej dupie co ja. To nie jest weekendowy tatuś. W pełni zaangażowany wraca z pracy, patrzy na mnie (wrak człowieka, który zaraz wybuchnie), zakasa rękawy i pcha razem ze mną ten wózek. Sprząta, gotuje, zajmuje się dziećmi, mówi, że mam wyjść, odpocząć, złapać oddech. Bez niego miałabym już taką deprechę, jakiej świat nie widział. I on też nie ma czasu. To jest człowiek, który jedzie na 6 rano na siłownię, żeby po pracy wrócić szybko do domu. To człowiek, który razem ze mną pada na twarz, kiedy dzieci zasną i nie pyta mnie, dlaczego coś nie leży na swoim miejscu. On doskonale wie, co to znaczy, zapierdol przy dzieciach.

To nie jest kwestia tego, że nie chce nam się nic robić. Nam się bardzo chce! Ale fakt jest taki, że najczęściej nie mamy możliwości. Oh tak bardzo śmieszy mnie, a zarazem doprowadza do szału, kiedy ktoś próbuje mi wcisnąć gadkę, że przecież wystarczy odpowiednia organizacja i wszystko da się z dzieckiem zrobić. Cóż drogie Panie, punkt widzenia zależy od punktu siedzenia, a ja siedziałam już w dwóch różnych punktach z totalnie innymi widokami. Można mieć pięcioro dzieci, które szczęśliwie dla mamy nie będę tak absorbujące, jak jeden ancymon. Teraz to wiem i wiem, że czasem trzeba odpuścić. To nie jest tak, że dziecko ogranicza i ja z niczego nie rezygnuję, ale dla dobra swojego przede wszystkim, bo o zdrowiu psychicznym myślę, muszę pewne rzeczy odłożyć na później. Zrozumiałam to jakiś czas temu i przestałam planować. Nie zakładam żadnego minimum, za to lubię to miłe zaskoczenie na koniec dnia, kiedy zdaję sobie sprawę, że o kurcze nawet sporo udało mi się dzisiaj zrobić. Wiesz, co dzięki temu zyskałam? Spokój. Dołów jest o wiele mniej i choć czasem się zapomnę i wkurzę się na brak czasu, to po chwili słabości znów nabieram dystansu. Ja wrócę do tego, jeszcze przyjdzie czas na rozwój i realizację planów. Teraz jednak ważniejsze są inne rzeczy, a mnie cieszy choć chwila spokoju, którą mam właśnie teraz, pisząc ten tekst.

Bo to jest tak, że kiedy pojawia się dziecko, to my nie dostajemy żadnego ekstra czasu jako bonus. My wciąż mamy tylko 24 godziny, te same obowiązki, które mieliśmy wcześniej plus pierdyliard nowych zadań i dziecko ze swoim temperamentem, lepszymi i gorszymi dniami, bólami, ząbkowaniem, skokami rozwojowymi. Możemy próbować jakoś rozsądnie to upchnąć w dobie, ale nie zapominajmy, że musimy też spać, odpocząć i przede wszystkim zadbać o potrzeby małego człowieka, który jest totalnie zależny od nas. To wymaga poukładania pewnych klocków w głowie.