Dwoje dzieci na koncie i tak różne doświadczenia związane z karmieniem piersią. Pierwszy raz nieudany i zakończony po kilku miesiącach. Przy Jurku przyszło to tak naturalnie, bez spinania się i bez żadnych problemów. Cóż, nawet w tej kwestii okazuje się, że każde dziecko jest inne. A może to przede wszystkim w mojej głowie wiele się poprzestawiało?

Patrząc na swoje doświadczenia, mogę śmiało powiedzieć, że po prostu dojrzałam do karmienia piersią. 4 lata temu kompletnie mi to nie leżało, karmienie w miejscach publicznych odpadało i nie widziałam nic szczególnie magicznego w tym procederze. Prawie 5 miesięcy dałam radę i postanowiłam zakończyć przygodę z kp. Tym razem jest zupełnie inaczej. Od początku ciąży wbiłam sobie do głowy, że chcę. Z większą wiedzą (przy Hance nie miałam jej w ogóle) i doświadczeniem (złym, ale przydatnym) wiedziałam, jak podejść do tematu. Przede wszystkim luz okazał się zbawienny i pozwolił mi cieszyć się tymi chwilami razem. Przy Jurku odkryłam tę magię kp, o której tak zażarcie mówią zwolenniczki karmienia piersią. Trwa to już prawie 7 miesięcy i nie wiem, ile jeszcze potrwa. Niczego nie zakładam z góry.

Mimo wszystko to nie jest tak, że ta nasza droga mleczna od początku usłana jest różami. Po pierwszej dobie w szpitalu, kiedy młody był przyklejony do piersi w zasadzie bez przerwy, pojawiły się rany na sutkach i ból okropny. To taki rodzaj bólu, którego nie życzy się nawet największemu wrogowi. Uzbrojona w lanolinę poradziłam sobie z tym w ciągu kilku dni, ale był to trudny czas, w którym pojawił się też nawał pokarmu. Pierwszy tydzień kp, a ja już miałam ochotę odciąć sobie cycki. Nie poddawałam się. W końcu bardzo chciałam karmić. Zaraz potem przeszłam kolejną próbę. 2 tygodnie bólu lewej piersi przy każdym przystawieniu malucha. Moment, kiedy łapał pierś, to był mój płacz. Ból trwał mniej więcej minutę i przechodził, choć dla mnie to była wieczność. Za każdym razem zaciskałam zęby i za nic nie chciałam się poddać. Położna cały czas kontrolowała mój stan, ale nie mogła nic poradzić. Ból fizjologiczny. Po 2 tygodniach nagle zanikł, a ja poryczałam się ze szczęścia, że już nie boli.

Od tamtej pory bez większych problemów kontynuuję kp. Jednak to właśnie teraz przechodzę pierwszy kryzys związany z karmieniem. Teraz kiedy minęło pół roku, przyszło mi zmierzyć się z poważnym problemem, który sądzę, że dotyka wiele kobiet. To nie jest żaden kryzys laktacyjny. Mleko leci, jak powinno. To coś o wiele gorszego, bo siedzi w głowie. Są momenty, że mam dość karmienia piersią!

Tak, bywa, że mam ochotę zakończyć karmienie. Zaczęło doskwierać mi to “uwiązanie”. Minęło pół roku wyłącznego karmienia piersią i bywam tym zmęczona. Szczególnie wieczorem, kiedy co chwilę biegam do sypialni, bo Jurek się budzi i znów potrzebuje piersi. Szczególnie w nocy, kiedy muszę przystawiać go milion razy. Szczególnie wtedy, kiedy chcę wyjść sama, a to wiąże się z odciąganiem mleka na kilka razy, bo przez laktator leci tyle, co nic. I wtedy, kiedy rzeczywiście wychodzę wieczorem, a po powrocie dowiaduję się, że podczas mojej nieobecności cały czas płakał, bo nie było piersi, tylko butelka. To naprawdę duży ciężar.

Gdzieś tam w środku buntuję się. Odzywa się chęć odpoczynku, wyjścia do ludzi, resetu. To ciężki kryzys, bo rodzi frustrację i trudno sobie z tym poradzić. W czasach, kiedy mama oceniana jest na każdym kroku przez te mało życzliwe,  strach o tym otwarcie rozmawiać. Zaraz zostanę okrzyknięta tą wyrodną, co mogła dzieci nie robić, skoro tak jej ciążą. Nie, nie, nikt mi nie ciąży. Ale otwarcie mogę powiedzieć, że tęsknię za odrobiną wolności, którą zabiera karmienie piersią.

Piszę o tym, bo wiem, że ten problem nie dotyczy tylko mnie. Jestem daleka od oceniania. Każda kobieta sama powinna podjąć decyzję, czy chce karmić piersią, czy nie. Ja walczę z tym kryzysem, bo mimo wszystko nadal chcę i być może moje przemyślenia pomogą Ci uporać się z tym. Wiesz, tak sobie myślę, że przecież kiedyś w końcu się wyśpię. Z czasem ilość karmień w ciągu dnia i w nocy będzie malała, a ja coraz częściej będę mogła pobyć sama. Teraz wiem, że daję mu to, co najlepsze i głupio byłoby z tego zrezygnować. Wiem też, że pierś dla niego to nie tylko jedzenie. To bliskość, bezpieczeństwo, miłość. Chcę, żeby czuł to cały czas, jak do tej pory, kiedy przytula się do mnie. I jest jeszcze jedna rzecz, którą wiem przez to, że zrezygnowałam z kp przy Hani. Wiem, że będę tego potem żałować i pluć sobie w brodę. Czy ta odrobina wolności teraz jest tego warta?

Dam radę z tym laktatorem na kilka razy. Dam radę dalej wstawać i przystawiać go do piersi. Dałam radę z niewyobrażalnym bólem, więc i teraz dam radę. Bo oprócz tych chwil zwątpienia są też te fajne, kiedy cieszę się, że możemy razem poleżeć i przytulać się. To jedyna taka okazja i później będę za tym tęsknić. Wątpliwości pewnie będą wracały, ale mam zestaw pozytywnych myśli. Niech zatem kp u nas trwa i trwa. A jak będzie u Ciebie?

 


Przeczytaj też

Do matki, która też ma dość