Adaptacja w przedszkolu. Co sprawia największy problem? Sprawdź...

20:01 bizimummy 0 Comments

Nadszedł wrzesień. Przez jednych rodziców długo wyczekiwany, niosący ze sobą spokój i odrobinę wytchnienia. W końcu latorośl wkroczy w mury placówki dydaktycznej, rodzice nieco odsapną, a i młodociany pozna rówieśników i nauczy się sporo nowego. Dla innych z kolei to czas stresu, pierwszej rozłąki, obaw. Czy dobrze robię? Czy maluch da sobie radę? Czy dobrze wybraliśmy? Pytania spędzające sen z powiek wielu mamom będą dręczyły jeszcze przez jakiś czas.


Mimo optymizmu tej pierwszej grupy to nie jest łatwy czas dla nikogo. Dlatego tak ważna jest adaptacja w przedszkolu. Ważna i dla rodziców i dla dzieci. Może dla tych pierwszych nawet bardziej, a przynajmniej takie mam spostrzeżenia po naszym tygodniu adaptacyjnym, ale o tym za chwilę. Każde przedszkole rządzi się swoimi prawami. W jednych proces adaptacji jest wręcz błyskawiczny lub w ogóle go nie ma, co akurat jest oburzające, bo choćby ze względu na szacunek do młodego człowieka, należy dać mu szansę na “oswojenie się” z nową rzeczywistością. W innych dzieci mają czas na poznanie miejsca, nauczycieli czy cioć, posmakowania pierwszych zabaw w grupie i przedszkolnej rutyny. W końcu to poważny krok w życiu kilkulatka i należy zadbać o to, aby nie był tragedią.

Każdy będzie przechodził przez to zupełnie inaczej. Są dzieci, które nawet nie obejrzą się za rodzicem, tylko pognają przed siebie z uśmiechem na twarzy. Część nieśmiało wejdzie do sali, zajmie miejsce na kolanach mamy i niechętnie włączy się do zabawy przynajmniej w tych pierwszych dniach. Dla innych z kolei nowa rzeczywistość może okazać się przytłaczająca i dramatyczna. Sami znamy nasze dzieci najlepiej i mniej więcej jesteśmy w stanie przewidzieć, jak może to wyglądać. Mimo wszystko nauczycielom będącym na miejscu zależy na tym, aby każdy czuł się dobrze, a nam jako rodzicom nie pozostaje nic innego, jak zaufać im. W końcu wierzę, że rodzice nie wybierają przedszkola w drodze losowania, a przygotowują się do tematu, szukają opinii i gdzieś tam głęboko mogą mieć poczucie, że zrobili wszystko, co mogli, aby wybrać najlepiej.

I dochodzimy do tego, że wszelkie problemy, które pojawią się po stronie dzieci, nauczyciele będą starali się rozwiązać. Jednak w całej tej adaptacji jest jeden największy problem, który jest trochę taką ścianą, murem nie do przeskoczenia, betonem po prostu, z którym placówka musi żyć. A tym problemem są RODZICE! Po czterech dniach adaptacji szczerze cieszyłam się, że to już koniec i nie muszę więcej spędzać czasu w towarzystwie… wszystkich. Bo wyobraźcie sobie, że nagle poważnym problemem staje się nazwa grupy, bo inna z pewnością brzmiałaby lepiej. Godziny posiłków nie takie, szafka na rzeczy dziecka za wąska, w korytarzu za mało miejsca, w ogródku za zielono, a w kiblu pewnie za czysto. I po co te fartuszki do malowania albo kartonik z chusteczkami dla każdego dziecka. Aż tyle przyborów plastycznych? A nie lepiej, żeby kubeczek z kompotem miał dzióbek? I dlaczego w tej sali jest tak gorąco?! Ano gorąco, bo z grupą 22 dzieci do sali wcisnęło się 30 rodziców. Okupili cały dywan, wolne krzesełka i zabrali każdy centymetr sześcienny powietrza. I jak tu się adaptować i cieszyć tym czasem? Ja sama miałam dość, a co dopiero dzieci, które nie mogły się dostać do szafek z zabawkami.

Tak, to rodzice są największym problemem podczas adaptacji. Bo chuchają i dmuchają w obawie, że dziecko sobie nie poradzi. Bo komentują głośno wszystko, co im się nie podoba, a dziecko przejmuje emocje rodzica. Bo doszukują się problemów, które w ogóle nie są istotne. Bo powinni zacisnąć zęby i wspierać malucha, a tymczasem kręcą nosem, zamartwiają się i bardziej skupiają się na swoich emocjach niż na tym, co czuje dziecko. I wreszcie, bo po prostu nie współpracują z nauczycielami podczas tych pierwszych trudnych dni. Tutaj mam 2 konkretne przykłady. Stoimy w kółeczku, ciocia śpiewa piosenkę, wymachuje rękami i stara się zachęcić maluchy do zabawy, dzieci stoją i nie wiedzą, co mają robić, a rodzice za nimi ze znudzoną miną tylko powtarzają “no teraz klaszczemy. Maszeruj. Podskocz”. Haaalooo co to ma wspólnego z dobrą zabawą? Nie stójcie jak kołki, tylko ruszcie się i pokażcie maluchom, że możecie się bawić wszyscy razem i będzie fajnie. Kolejnego dnia dzieci były nieco śmielsze. Ciocia usiadła z tajemniczym pudełkiem na dywanie, poprosiła rodziców, żeby wyszli z sali i zaprosiła dzieci do siebie. Wprowadziła fajną zagadkową atmosferę i wszystkie dzieci były zainteresowane ukrytą zawartością pudełka. Ekstra! No i już byłoby fajnie, gdyby nie to, że wyjście z sali wcale nie oznaczało dla rodziców zejście z oczu dzieciom. W związku z tym jeden nad drugim wychylał się zza futryny drzwi i zaglądał do sali. Konsekwencje? Kolejno zainteresowane maluchy spoglądały w stronę drzwi i widząc twarz rodzica, wpadały w płacz. Na tym zabawa się skończyła. A mogło być tak pięknie.

Ja doskonale rozumiem, że to przecież nasze kochane maluszki, które dopiero się urodziły, czas zleciał, jak z bicza strzelił i nagle wchodzą w jakże już dorosły etap przedszkola. To trudne dla każdego dziecka i każdego rodzica. Bo to już nie jest maleństwo, ale nie jest też w 100% samodzielnym człowiekiem. Potrzebuje jeszcze pomocy, nie ze wszystkim radzi sobie doskonale. Pamiętajcie jednak, że te obawy często są na wyrost, bo kiedy damy młodemu człowiekowi wolną rękę, to nagle okazuje się, że tak dużo potrafi zrobić sam. Zamartwianie się czy szukanie problemów tam, gdzie ich nie ma, w niczym nie pomoże. To w dużej mierze od Waszego nastawienia zależy, jak dziecko poradzi sobie w tych pierwszych dniach, bo czuje Wasze emocje. Od początku nakręcajcie malucha pozytywnie, nie psioczcie, nie krytykujcie przedszkola, nie pokazujcie, że się boicie. Bo skoro mama się boi, łamiącym głosem żegna się z maluchem i płacze na korytarzu, to co ma zrobić dziecko? Zaufajcie nauczycielom. Oni już wielokrotnie przerabiali temat adaptacji dzieci w przedszkolu. Przecież im i Wam zależy na tym, żeby maluch czuł się tam jak najlepiej, prawda?

Wniosek mam taki - przed adaptacją dzieci w przedszkolu, przydałaby się osobno adaptacja rodziców, żeby ich samych nastawić odpowiednio i pokazać, jak dobrze byłoby wspierać malucha podczas tych trudnych chwil. To dziecko jest w tym wszystkim najważniejsze. Nie nasza wygoda, widzimisię czy zadania czekające w domu lub pracy. Trochę uwagi i skupienia na dziecku, ot tyle wystarczy. A i jeszcze nie przeszkadzajmy innym przy okazji. Powodzenia!


Jeśli spodobał Ci się ten wpis, daj mi o tym znać ;) Każdy sygnał od Ciebie i innych czytelników jest dla mnie bardzo ważny. Aby docenić moją pracę, możesz:
- skomentować wpis tutaj
- skomentować wpis na fanpage Bizimummy
polubić fanpage Bizimummy (klik) (tam pojawia się dużo fajnych rzeczy)
- udostępnić wpis swoim znajomym

0 komentarze: