Matka polka olimpijka, czyli po co ten wyścig, który same sobie urządzamy?

20:33 bizimummy 0 Comments




W każdej dziedzinie muszą być pierwsze, najlepsze i bezkonkurencyjne. Poznałam ten typ już w szkole. Z zadartym nosem chwaliły się osiągnięciami, z góry patrząc na pozostałych. Potem przekładały to na pracę, choć nie zawsze wychodziło. Zderzenie z rzeczywistością bywa bolesne, a frustracja rosła, bo nie były na pierwszym miejscu. Teraz mają kolejną okazję, do pokazania, że są naj - wychowują dzieci.


Moje dziecko siadało w wieku 5 miesięcy. Chodziło w wieku 9 miesięcy. Po 1,5 roku zrzuciło pieluchę w jeden dzień. Mając 2 lata, mówiło pełnymi zdaniami. Ma 3 lata i czyta, liczy, robi salto w tył. Myślimy już nad studiami. Każda okazja jest dobra do tego, żeby pochwalić się umiejętnościami swojego dziecka i sobą, bo to niejako taka laurka głosząca " zobacz, jaką jestem ekstra mamą. Tak powinnaś robić". Przekonałam się o tym kolejny raz, publikując tekst o odpieluchowaniu. Och, jaka ja jestem beznadziejna, że dopuściłam do tego, żeby trzylatka nosiła jeszcze pieluchę. Wszystko przez moje lenistwo i wygodę. Przecież tym wzorowym mamom udało się pozbyć pieluch, jak dziecko miało rok z kawałkiem. Wypadam na ich tle naprawdę beznadziejnie... Tylko wiesz co? Ja mam głęboko w dupie ten wyścig i nie biorę w nim udziału.

Należę do raczej wyluzowanej i rozsądnej grupy rodziców, którzy nie przejmują się tym, co ktoś o nas pomyśli. W macierzyństwie nie jest dla mnie najważniejsza opinia o mnie, a dziecko i jego potrzeby. Najzwyczajniej chcę, żebyśmy wszyscy w naszej rodzinie byli szczęśliwi, a uwierz mi, że nie da się być szczęśliwym, patrząc i porównując się do innych. Bo zawsze kogoś może uwierać to, że ktoś ma czegoś więcej, coś osiągnął czy za dużo się uśmiecha. Zawsze ktoś chętnie dopieprzy Ci tak, że masz ochotę schować się kilometr pod ziemią. Ludzie, tak się nie da żyć!

Ocenianie ludzi przychodzi bardzo łatwo. Głoszenie tych ocen w Internecie również. W końcu dzielą nas ekrany, często setki kilometrów, a jeszcze częściej tylko ściana, ulica, osiedle, ale kto by się tym przejmował. Nikt po ludzku po mordzie sobie nie da za te wszystkie obelgi. A może tak byłoby lepiej? Bo wiesz, co robi ten wyścig i durne licytowanie się, czyje dziecko jest idealne? Wpędza matki w poczucie winy i beznadziejności. Bo innym idzie lepiej. Ja się do tego nie nadaję. Jestem beznadziejna… I to jest straszne, że same sobie to robimy. W czasach, kiedy na każdym kroku słychać wołanie o pomoc matki z depresją, my wolimy jechać po sobie jak po łysej kobyle niż zrozumieć, podać pomocną dłoń. WSTYD!

Ja mam twardy tyłek i naprawdę nie interesuje mnie to, co ktoś o mnie pomyśli. Widzę, że moje dziecko jest szczęśliwe i pomimo tego, że obie miewamy gorsze chwile, to puentą każdego dnia może być żyjemy i mamy się dobrze. Ale to tylko ja. Wiesz, ile jest matek, które kompletnie nie radzą sobie z tym durnym wyścigiem, presją i wiecznym ocenianiem? Sąsiadka krzywo spojrzy, koleżanka dogada, rodzina jeszcze bardziej dowali. Zawsze na celowniku i zawsze znajdzie się ktoś mądrzejszy. I co ona ma biedna zrobić? Gubi się w tym wszystkim, wątpi w siebie. Bo przecież jej dziecko już na pewno powinno siadać. Sąsiadka mówiła, że jej siadały, jak miały 4 miesiące. Już na pewno powinno chodzić, a tym bardziej mówić. Mówi tylko kilka wyrazów? Zapewne nie czyta mu, nie dba o jego rozwój, jak należy. Powinno ściągnąć pieluchę, wyrzucić smoczek, odrzucić pierś i z kotletem w dłoni dumnie zdobywać świat. Inne dzieci już tak robią. Jej jeszcze nie? Pewnie leniwa.

Pomyśleć można, że przecież dorosła jest, więc niech sobie radzi. Nikt nie mówił, że życie będzie lekkie. Ale wiesz, kto najbardziej cierpi na tym chorym wyścigu? Dzieci! Bo zapominamy o tym, że każde dziecko jest inne. A to w ogóle absurd! Chcemy wychować dzieci na tolerancyjnych ludzi, mówimy o tym, że ludzie są różni i dziecko powinno to szanować, a nie możemy pojąć tego, że nasza własna latorośl może rozwijać się w innym tempie, swoim tempie. Gdzie tu miejsce na indywidualne podejście, na wsłuchanie się w potrzeby malucha? Gdzie obserwacja czy dziecko jest gotowe do wykonania wielkiego kroku, czy potrzebuje jeszcze czasu? Czy zmierzamy do tego, że każda czynność, nowa umiejętność dziecka będzie umieszczona na osi czasu w idealnym podręczniku, a odstępstwo choćby tygodniowe będzie stanowiło coś nienormalnego? Ok, trzymajmy się jako takich ram czasowych, aby mieć pewność, że wszystko jest w porządku, ale na litość boską, pozwólmy się dzieciom po prostu rozwijać. Maluchy mają gdzieś to, czy kolega na placu zabaw ma pieluchę, czy nie. Nie przejmują się tym, czy to one jako pierwsze zaczęły chodzić, czy córka sąsiadki. Uwierz mi, że one i tak odczuwają ogromną frustrację, jeżeli nie potrafią czegoś wykonać, bo przerasta to ich umiejętności. Mimo wszystko wieczne stawianie ich w kontrze do całego świata będzie miało swoje konsekwencje. Bo przyjdzie czas, że same też będą się przejmować tym, że nie są pierwsze czy najlepsze i że nie spełniły oczekiwań swoich rodziców. Wtedy wcale nie pójdą do mamy, żeby opowiedzieć, jak im jest ciężko. Przecież to byłoby słabe.

Zatem jakim kosztem mamy stają do wyścigu o tytuł mamy i dziecka naj? Czy warto? Według mnie nie. Omijam szerokim łukiem wszelkiego rodzaju licytacje, bo wiem, że nie wnoszą nic dobrego. Moje dziecko jest wyjątkowe i nieporównywalne. Ba, nawet drugi maluch, który za parę miesięcy pojawi się w naszym domu, może być kompletnie inny i nijak nie porównam obojga. Już dawno temu postanowiłam sobie, że moje dzieci nie będą najlepsze. Będą szczęśliwe. Bo wiem, że jeśli zapewnię im miłość, spokój i zrozumienie, to osiągną, co tylko będą chciały. A i ja mogę spać spokojnie.


Jeśli spodobał Ci się ten wpis, daj mi o tym znać ;) Każdy sygnał od Ciebie i innych czytelników jest dla mnie bardzo ważny. Aby docenić moją pracę, możesz:
- skomentować wpis tutaj
- skomentować wpis na fanpage Bizimummy
polubić fanpage Bizimummy (klik) (tam pojawia się dużo fajnych rzeczy)
- udostępnić wpis swoim znajomym

0 komentarze: