Historia o bułce, niejadku i skraju depresji. Dla wszystkich rodziców

20:47 bizimummy 0 Comments


Martwisz się, szukasz pomysłów i sposobów na niejadka, nie wiesz, co robić i każdego dnia rwiesz włosy z głowy. Czy tak w skrócie można by opisać skutki tego, że Twoje dziecko nie chce jeść? Doskonale znam ten problem i uwierz mi, doprowadzało mnie to już do stanów depresyjnych. No bo jak bardzo muszę być do kitu, że moje dziecko przeżyje dzień na suchej bułce, a inne zjedzą konia z kopytami?


Zacznijmy od początku


Był taki wspaniały czas, kiedy Hanka mniej więcej miała rok i jadła dosłownie wszystko. Błysk w oku na widok jedzenia i ślina kapiąca na podłogę niczym w kreskówce to była norma. Na obiad potrafiła wciągnąć swoją porcję, połowę mojej i jeszcze poszła do taty coś wyciągnąć z talerza. Jakże bliskie były mi wtedy wszelkie memy głoszące, że dziecko zawsze usłyszy otwieraną tabliczkę czekolady gdzieś w najciemniejszych zakamarkach domu. Tylko że Hanka słyszała wszystko - otwieraną lodówkę, krojonego ogórka, gryzioną kanapkę i w mgnieniu oka była już przy sprawcy zamieszania, żeby też coś zjeść. Ok, dziecko rośnie, poznaje smaki. Nic tylko się cieszyć.

Z czasem zainteresowanie jedzeniem zaczęło słabnąć. Ciocie w żłobku coraz częściej podsumowywały dzień tekstem no dzisiaj Hania nic nie zjadła. Tylko trochę chrupek na podwieczorek. W domu coraz częściej na talerzu gościł suchy makaron lub ziemniaki bez żadnych dodatków, a w ciągu dnia głównym jej atrybutem stała się sucha buła i okruszki wokół niej lub chrupki kukurydziane. Aż doszliśmy do etapu, kiedy to w ciągu całego dnia dziecko piło mleko rano i wieczorem, uzupełniało płyny po południu, kiedy zakleiło się chrupkami i od święta zjadło garść tego nieszczęsnego makaronu. Bywały dni, że nie jadła w ogóle, aż zaczęłam się zastanawiać, czy moje dziecko nie jest jednak bardziej rośliną i nie odżywia się przez fotosyntezę. To byłoby jakimś wytłumaczeniem.

Sytuacja skrajnie idiotyczna. Ja czułam się bardzo źle z myślą, że dziecko nie chce nic jeść i rwałam włosy z głowy w poszukiwaniu rozwiązania. Każda próba namówienia jej do jedzenia kończyła się wielkim lamentem i doprowadzeniem mnie do furii. Wymyślanie kolorowych kompozycji, wycinanie domków, misiów, srysiów nic nie dawało i słyszałam tylko ble fuj. Kiedy dzwoniliśmy do siebie ze Skibą, wszystkie rozmowy zaczynały się od jadła coś? i wokół tego problemu kręciło się nasze życie. Paranoja! Tak było przez kilka miesięcy. Nie bardzo wierzyłam w rady, że trzeba przeczekać, bo to taki etap, więc postanowiliśmy działać.

Czym żywi się Twoje dziecko w ciągu dnia?


Fakt jest taki, że dziecko je mniej lub więcej w zależności od etapu rozwoju. Dwulatek, który już nie rośnie tak szybko jak niemowlę i raczej trudno mu usiedzieć w jednym miejscu, bo wszystko jest ciekawe, nie potrzebuje dużej ilości pokarmów i nie ma czasu na jedzenie. Niemniej postanowiłam przeanalizować, co w tym kiepskim czasie jadła pierworodna, bo może jednak czegoś nie dostrzegałam i między mlekiem a makaronem było jakieś jabłko, brokuły, ryba czy coś.

Często rodzicom wydaje się, że mają w domu niejadka, ale kiedy pomyślą o jadłospisie swojego dziecka, to okazuje się, że ono co godzinę coś wcina - a tu jabłuszko, tu kawałek banana, kilka chrupek, parę łyżek zupy i całkiem dobre menu do kupy się uzbiera. Problem jednak widzą w tym, że nie chce jeść obiadu lub zjadło go bardzo mało. Mały żołądek dziecka nie pomieści dorosłej porcji rolady z kluskami i kapustą, o czym rodzice zapominają. Nie ma się też co fiksować na 5 posiłków dziennie. Jeśli podajesz dziecku sok, to dla dwulatka jest to osobnym posiłkiem.

Obiektywnie przeanalizowałam dzienną ilość pokarmów Hanki i… potwierdziłam to, co nie dawało mi spać przez kilka miesięcy. Dziecko nie jadło nic, a jak już jadło to tylko suche produkty, które nazywam zapychaczami, bez szczególnych wartości odżywczych i witamin. Co więcej, dotarło do mnie, że to był nasz błąd. Daliśmy się wciągnąć w to błędne koło. Skoro dziecię od rana nic nie zjadło, a wiem, że zje tę cholerną bułę, chrupki, suchy makaron czy ziemniaki, no to dam jej, żeby nie była głodna. Bo jak głodna, to marudna. Jak marudna, to matka wariuje. I tak z dnia na dzień. A pierworodna przyzwyczajała się, że jak powie bułę chcę to bułę dostanie.

Co możesz z tym zrobić?


Zrozumienie problemu w naszym przypadku było bardzo ważne. Bez tego moglibyśmy dalej lepić misie z ryżu, układać wszystko pięknie na talerzu, wycinać kanapeczki, a dziecię i tak odrzuciłoby jedzenie, więc finalnie dostałoby suchy makaron. Zrozumieliśmy, wyznaczyliśmy sobie cel i zaczęliśmy działać, co nie było łatwe.

Zastanów się, co chcesz osiągnąć. Dla mnie ważne było to, żeby pierworodna po prostu zaczęła jeść. Nie chodziło mi o wielkie porcje. Nie chodziło mi też o pochłoniętego kotleta przy każdym obiedzie. Mięsa jeść nie chce i szanuję jej upodobania. Chodziło natomiast o to, żeby jedzenie było wartościowe i zdrowe. Mając w głowie ten cel, wspólnie ze Skibą myśleliśmy, co możemy z tym fantem zrobić.

Z domu zniknęły wszelkie zapychacze takie jak chrupki kukurydziane czy wafle ryżowe. Każdą próbę wyciągnięcia suchego chleba lub bułki kończyłam rozmową i tłumaczeniem Haniu, nie jemy suchego chlebka, bo to nie jest dobre dla brzuszka. Za to z przyjemnością zrobię dla ciebie kanapkę z twarożkiem lub żółtym serem. I tak do upadłego. Podjęliśmy decyzję, że nie ma takiej możliwości, że dziecko dostanie tylko ziemniaki na obiad lub suchy makaron. Chce makaron, nie ma problemu, ale niech to będzie wartościowy makaron i zaserwowany np. z pesto. Pesto akurat było strzałem w dziesiątkę i ma w sobie dużo dobrych rzeczy. Po kilku próbach podania, Hanka przekonała się i teraz musiałabym mieć plantację bazylii, żeby zaspokoić jej potrzeby!

Ponadto wróciliśmy do początku, czyli do tego, co dawno temu było dobre. Nie chcę jej zmuszać do jedzenia tego, czego nie lubi. Pamiętam natomiast, co wcześniej lubiła i chętnie jadła, więc nie zaszkodzi spróbować jeszcze raz. Kiedyś dziecię zajadało się jabłkami i bananami, a teraz nic. W odpowiedzi na każdą próbę wyłudzenia chrupek, proponowałam kawałek jabłka. Milion razy usłyszałam NIE, aż w końcu padło Tak, obies mi. Konsekwencja zrobiła swoje. Dawno temu Hanka wyjadała garściami fasolkę szparagową, potem nie było mowy nawet o kawałeczku. Zobaczyła na talerzu, skrzywiła się i odsunęła. Po 10 minutach rozmowy o tym, że kiedyś bardzo lubiła fasolkę, że warto spróbować, że w środku są takie fajne ziarenka, spróbowała i krzyczała o dokładkę. Cierpliwość wygrała.

Zrobiliśmy duuuuuży postęp i doszliśmy do etapu, kiedy mogę powiedzieć, że jest ok. Menu Hanki nie jest obszerne niczym karta przeciętnej knajpy, a raczej wyrafinowane jak w bardzo dobrej restauracji, czytaj 4 dania na krzyż. Najważniejsze dla mnie jest to, że wyeliminowaliśmy zapychacze i od tego momentu jest coraz lepiej. Bywają dni, kiedy nie ma apetytu i rozumiem to, bo sama też czasem nie mam. Bywają za to takie dni, kiedy na śniadanie zje płatki z mlekiem, godzinę później chce jabłko, potem wielki talerz makaronu z pesto, a na kolację gotowane brokuły, fasolkę szparagową i marchewkę. Widzę, że jej organizm sam daje znać, czego akurat potrzebuje i na to właśnie ma ochotę. Po prostu je według potrzeb.

Ulubione danie :)


Co zatem mogę Ci poradzić?


Nie wymagaj zbyt wiele. Zastanów się, czy rzeczywiście masz w domu niejadka, czy po prostu wydaje Ci się, że za mało je. Dwudaniowy obiad dla dwu lub trzylatka na sporych talerzach przerósłby nawet mnie, a co dopiero dziecko. Mówi się, że zdrowe dziecko się nie zagłodzi i to jest prawda. Jeśli będzie miało potrzebę, zje.

Bądź wyrozumiała. Nie lubisz wszystkiego, prawda? Nie oczekuj zatem, że dziecko będzie wszystko chętnie jadło. Sama doskonale pamiętam, jak gardziłam w dzieciństwie szpinakiem, nie lubiłam dżemów i jogurty z kawałkami owoców odpadały. Na szczęście smaki z czasem się zmieniają. Dzisiaj uwielbiam to wszystko. Warto próbować i może to będzie akurat ten dzień, kiedy młodzież zechce spróbować czegoś nowego. Poza tym to, że dziecko może przez 5 dni jeść jedną rzecz, nie jest problemem. Niech je. Potem będzie faza na inne danie.

Bądź cierpliwa. Czasem trzeba pogadać tak długo, aż zupa wystygnie i tłumaczyć, że tydzień temu też był rosół i bardzo smakował, więc teraz też warto go zjeść. Raz udaje się przekonać, a innym razem nie.

Nie strasz, nie oszukuj, nie zmuszaj. Jedzenie powinno być przyjemnością, a nie przykrym obowiązkiem. Straszenie i oszukiwanie dziecka zrazi je tylko jeszcze bardziej. Ostatnio właśnie mieliśmy wspomniany rosół i wiedząc, że Hania mięsa nie tknie, wybrałam wszystko z jej talerza. Zapytała, czy zabrałam mięsko. Potwierdziłam. Oh, jaka była zawiedziona, kiedy zobaczyła na łyżce mikroskopijną niteczkę mięsa! Na tym jedzenie się skończyło. Nie ma co wciskać i ukrywać gdzieś w daniu rzeczy, których dziecko nie lubi. Kiedy odkryje podstęp, jeszcze trudniej będzie je znowu przekonać do jedzenia.

Ogranicz zapychacze. Dokładnie wyjaśnione wcześniej. Chrupki, bułki, wafle, soki - to wszystko zapycha żołądek.

Nie dawaj za wygraną. Proponuj i zachęcaj do upadłego, szanując przy tym wolę dziecka. Odmówi Ci kilkanaście, a nawet kilkadziesiąt razy, ale potrzebuje czasu na oswojenie się z nowością, żeby zaakceptować ją i spróbować. Na początku odsunie talerz. Potem zacznie się przyglądać, może nawet dotknie i poliże. Aż w końcu podskoczysz pod sufit z radości, kiedy po prostu zje. Aaaaa i licz się też z tym, że w czasie przygotowywania posiłku dziecko bardzo się ucieszy, że niedługo będzie obiad, ale przy stole możesz znowu usłyszeć NIE. Norma.

Po prostu olej. Widzę, że dziecię ślini się na widok jedzenia. Cały dzień nie jadło i ewidentnie jest głodne. Jednak, kiedy dostaje swój mały talerzyk, odsuwa go i nie chce jeść. Co wtedy mówię? Nie to nie. Tylko tyle. My jemy swoje i rozmawiamy na zupełnie inny temat. Jest 50% szans, że dziecko złapie za widelec i coś tam jednak zje. U nas czasem działa.

Temat niejedzenia spędza sen z powiek wielu rodzicom, a często niepotrzebnie. U nas problem był już dosyć poważny, choć jeszcze nienaruszający zdrowia dziecka. Wystarczyło wprowadzić kilka zmian i przede wszystkim przestawić sporo rzeczy w głowie. Czy teraz moje dziecko jest niejadkiem? Nie. Po prostu je, kiedy tego potrzebuje i taką ilość, jaką chce. Nie będę za nią biegać z łyżką, nie będę zagadywać czy włączać bajek, żeby ukradkiem przemycić jeszcze jeden kęs, a już na pewno nie będę sięgać po specyfiki na pobudzenie apetytu. Liczę, że dzięki konsekwencji i cierpliwości, jej menu będzie się stale powiększać.


Jeśli spodobał Ci się ten wpis, daj mi o tym znać ;) Każdy sygnał od Ciebie i innych czytelników jest dla mnie bardzo ważny. Aby docenić moją pracę, możesz:
- skomentować wpis tutaj
- skomentować wpis na fanpage Bizimummy
polubić fanpage Bizimummy (klik) (tam pojawia się dużo fajnych rzeczy)
- udostępnić wpis swoim znajomym

0 komentarze: