Gdzie mnie poniosło, czyli moich 7 pierwszych prac #myfirst7jobs

22:32 bizimummy 0 Comments

Już od dawna zastanawiałam się, jak by Wam opowiedzieć, co do tej pory robiłam w życiu, a trochę tego było. Trafiła się świetna okazja, czyli akcja #myfirst7jobs, dzięki której z uśmiechem na twarzy powspominałam moje pierwsze zatrudnienia. Matko, ile człowiek się wtedy nauczył! 


Ja jestem zwolenniczką podejmowania pracy jak najwcześniej. Nie ma lepszej nauki poznawania wartości pieniądze jak zarządzanie własnoręcznie zdobytym budżetem. I choć nie zawsze było kolorowo i zdarzały się gównoprace za psie pieniądze, to szacunek do pracy, poczucie obowiązku i poznawanie własnej wartości na rynku pracy procentują w przyszłości. 
Dobra to lecimy:

1. Przynieś, podaj, pozamiataj

Moja babcia prowadziła mały pensjonat w Świnoujściu. Teraz zajmuje się tym moja mama. Często spędzałam dużą część wakacji u babci i pomagałam jej w codziennych obowiązkach. Nie pamiętam już, ile miałam wtedy lat, 14 może 15, kiedy zaproponowałam babci 'to może ja będę sprzątać pokoje przez wakacje i zapłacisz mi za to?'. Dogadałyśmy się, stawkę ustaliłyśmy i zaczęła się pierwsza prawdziwa robota. Codziennie wstawałam o 7 i pomagałam w przygotowaniu śniadania dla turystów. Potem sprzątanie po śniadaniu i ogarnianie każdego pokoju - odkurzanie, mycie podłogi, czyszczenie łazienki, zmiana pościeli. Zdarzały się różne obrzydliwości, ale dawałam sobie świetnie radę. Ogólnie to była praca marzenie dla takiej smarkuli! Do 13 zwykle miałam wszystko ogarnięte i reszta dnia dla siebie. Mogłam iść na plażę ze znajomymi czy polansować się na promenadzie. Kasa była, więc była zabawa.

2. 2 piwa poproszę

O ile praca u babci była dosyć luźna, wiadomo, jak to jest u babci, tak przed maturą już wiedziałam, że najdłuższe wakacje w roku będą przepracowane. Do głowy przyszedł mi idiotyczny pomysł szukania pracy na starym rynku w Poznaniu. Kupa knajp, napiwki, nocne życie. I tak zaraz po maturze wydrukowałam kilka cefałek i ruszyłam przed siebie. Dostałam robotę w pubie. Niby kelnerka niby barmanka. Robiłam wszystko i zarabiałam 5 zł za godzinę. No willi z basenem się nie dorobiłam, ale z napiwkami, którego na wieczornej zmianie były całkiem całkiem, uzbierało się na wakacje nad morzem i nową garderobę. Wtedy wydawało mi się, że to nawet spoko robota, choć powroty o 5 nad ranem do domu i wieczne stanie były strasznie męczące. Jednak kiedy wakacje się skończyły, a ja pożegnałam się z pracą, stwierdziłam, że nigdy więcej w gastronomię pchać się nie będę. Serio, nie chcecie wiedzieć, w jakich warunkach przygotowywane było jedzenie... Do tego trafiało się sporo natrętów, którzy myśleli, że chamskie odzywki do młodej dziewczyny są zabawne. Raz nawet dwóch panów rosyjskiego pochodzenia chciało mnie zabrać na imprezę i jakoś nie docierało do nich, że nie mam na to ochoty. Do akcji musiał wkroczyć kucharz przypominający gabarytami Najmana. Nie polecam.


3. Może walizeczkę?

Praca na rynku jakoś tak mnie odstraszyła od tego klimatu. Postanowiłam zatem poszukać czegoś innego. Skoro nie knajpa, to może sklep? No ba! W końcu w Poznaniu jest sporo niepotrzebnych galerii handlowych, więc szybko zabrałam się za szukanie i tak dostałam pracę w butiku z drogimi walizkami. Praca nie była wymagająca. Wystarczyło spojrzeć na etykietę na walizce i już można było coś o niej opowiedzieć. Najgorsze jednak było to, że bywały dni, kiedy totalnie nikt nie zaglądał do sklepu, a my szukałyśmy sobie jakiegokolwiek zajęcia. Regały błyszczały, nie ma co. To była najnudniejsza praca, jaką kiedykolwiek miałam.

4. Śmietanka finansjery

Znudzona walizkami szukałam kolejnej pracy. W sklepach słabo płacili (w jednej sieciówce oferowano mi 6 zł brutto za godzinę...), a studenckie potrzeby rosły. A właśnie, studiowałam wtedy dziennie, więc nie mogłam mieć pracy na cały etat i to od rana. Trafiłam na idealne ogłoszenie - elastyczny czas pracy, młody dynamiczny zespół, możliwości rozwoju, super kasa, szkolili ludzi. No wow! Rekrutacja to była bułka z masłem, choć pierwszy raz poczułam, jak to jest, kiedy musisz założyć białą koszulę i marynarkę na rozmowę i odpowiadać na durne pytania. Proszę sprzedać mi ten długopis. I tak zostałam doradcą finansowym. Pięknie brzmiało. Panowie w drogich garniakach, panie w garsoneczkach z pięknymi torebkami, spotkania w ekskluzywnych restauracjach (tak nam się wydawało). W rzeczywistości miałam ludziom wciskać OFE. Jak najwięcej, jak najczęściej. Oczywiście najpierw przeszłam odpowiednie szkolenie, na którym skutecznie prali nam mózgi. Poważnie, tyle chwytów psychologicznych w jednym miejscu, to się w głowie nie mieści. Przedstawili nam niby szefa, który był jakieś 3 lata starszy ode mnie, czyli miał wtedy 24 lata! Że super szycha, że tyle kasy, że ekstra autem jeździ, że my też tak możemy, że firmowy wyjazd na Kanary będzie itd. Skończyło się na tym, że po szkoleniu chcieli, żebym wyrabiała dzienną normę miliarda telefonów i pierdyliarda spotkań i oczywiście mam zacząć od znajomych i zbierać kontakty. Nie umiałam. Zrezygnowałam szybko, bo nie umiałam wciskać kitu. A mama mówiła... Szacun dla ludzi, którzy dają radę.


5. Pierwszy raz w korpo

Z finansami nie wyszło, więc szukałam znowu. Padło na sklep, najlepiej pół etatu, bo studia, a jak uda się, że to będą tylko weekendy, to miód malina. Udało się. Dostałam pracę w sieciówce, w zasadzie to korpo, gdzie jest po prostu wszystko. Od miski dla psa po gacie, ciuchy i portfele. Wielki dwupiętrowy sklep, w którym opiekowałam się działem dziecięcym. Robota była spoko, ludzie też ok. Idealna praca na dorobienie podczas studiów. Pół etatu, umowa o pracę, wypłata konkretna. Przepracowałam tam rok. Potem rozpoczął się trzeci rok studiów, a ja bardzo chciałam zacząć robić coś w swoim "zawodzie". Zdecydowałam, że koniec ze studenckimi pracami dorywczymi i czas poszukać stażu.

6. Jakaś imprezka?

Moim celem były agencje reklamowe. Praca w marketingu to było marzenie. Pierwszy staż, jaki mi się trafił, to robota w agencji eventowej. No dobra eventy to też część marketingu, więc niech będzie. Super kreatywna praca, wyzwania, kontakty, imprezy. Taaa... Cóż, przez 3 miesiące nie zarobiłam ani grosza. Pojechałam na 2 firmowe pikniki z disco polo w tle, a poza tym siedziałam w szarym, smutnym biurze. Nic się nie działo! Nie wiem, czego ja się spodziewałam po agencyjce, która organizuje imprezy integracyjne dla firm. Nie wyszło.

7. Nareszcie konkret

Wysyłałam dalej cv i liczyłam na cud. Odezwała się jedna agencja marketingowa z propozycją stażu. No jasne, przyjdę! Jakoś nie do końca zdawałam sobie sprawę, jak daleko siedziba firmy mieści się od mojego domu. Jechałam komunikacją miejską na rozmowę i jechałam. Potem się przesiadłam i dalej jechałam. Zima w cholerę, śniegu po kolana. Wysiadłam z tramwaju gdzieś, gdzie jeszcze nigdy mnie nie było i pomyślałam Nie ma szans, że będę tu jeździć przez pół roku! Zrezygnowana totalnie przemierzałam kolejne pół godziny hałdy śniegu, ale skoro się umówiłam, to nie chciałam nikogo wystawiać. To niegrzeczne. Szłam tam jednak z myślą, że usiądę, ogrzeję się chwilę, pogadam i do domu. Gadało nam się świetnie i następnego dnia zadzwonili, że mnie chcą. Nooooo nieeeee... mam tam jeździć? Jeździłam. Pół roku jeździłam i to była rewelacyjna praca. Sporo się nauczyłam, szefowie stale mnie trenowali i dawali dodatkowe zadania, nabrałam pewności siebie i naprawdę dużo wyniosłam. Pół roku minęło i potem było już z górki. To była pierwsza dobra praca.

Totalnie różne doświadczenia w ciągu kilku lat był dla mnie niezłą szkołą życia. Teraz robię to, co lubię, a doprowadziło mnie do tego mich 7 pierwszych prac. W przyszłości będę gorąco zachęcała Hankę, żeby pracowała gdziekolwiek, dorywczo, podczas wakacji. Ja sobie chwalę :)


Jeśli spodobał Ci się ten wpis, daj mi o tym znać ;) Każdy sygnał od Ciebie i innych czytelników jest dla mnie bardzo ważny i sprawia, że chcę być coraz lepsza. Aby docenić moją pracę, możesz:
- skomentować wpis tutaj
- skomentować wpis na fanpage Bizimummy

- udostępnić wpis swoim znajomym

0 komentarze: