Absurdy ze szkolnej ławki

13:27 bizimummy 0 Comments

Wiem, że wakacje, że ciepło, że urlopy i po co tutaj brać się za temat szkoły. Jednak zakończenie roku szkolnego, które niedawno miało miejsce i widok ubranych na galowo dzieciaków, skłonił mnie do powspominania mojego okresu edukacji. I taka myśl mnie naszła, że przez 12 lat do zakończenia liceum, byłam świadkiem wielu absurdów. Spokojnie, nie mam zamiaru pisać o pomyśle zniesienia gimnazjum.


Przez 12 lat na swojej drodze spotkałam wielu nauczycieli, zaliczyłam setki kartkówek i sprawdzianów, tysiące razy odpowiadałam przy tablicy i zaliczyłam dziesiątki przedmiotów. Podstawówka oczywiście z czerwonym paskiem. Potem wzloty i upadki, ale końcowy wynik zawsze dobry. Teraz wiem, że w zasadzie nie ma to żadnego znaczenia, a połowa zdobytej wiedzy gdzieś uleciała, bo nie jest mi po prostu potrzebna. Takie życie. 

Pamiętasz sytuację, kiedy po powrocie ze szkoły mówiłaś, że coś jest bez sensu? Rodzice pewnie odbijali piłeczkę, mówiąc, że jak to, że wszystko ma sens, że trzeba się uczyć, że to procentuje na przyszłość. Ja uważam, że wiele rzeczy w szkole nie miało sensu. Jakie?

1. Wychowanie do życia w rodzinie

Żeby była jasność, uważam, że te zajęcia są bardzo ważne i każdy powinien je zaliczyć. Jednak forma, w jakiej odbywały się one w mojej szkole, była totalnym absurdem. WDŻ mieliśmy w czwartej klasie podstawówki! Ok, nigdy nie jest za wcześnie, a czasem wręcz za późno na edukację seksualną. Tylko że to w ogóle nie była edukacja seksualna. Zajęcia prowadzone przez nauczycielkę przyrody, która do tematu podchodziła właśnie jak na lekcjach przyrody, czyli biologiczne wytłumaczenie miesiączki i objaśnienie procesu zapłodnienia przez rysunki z przekrojem ciała kobiety i mężczyzny ze zwisającym członkiem. No po prostu realizm level expert. Do dzisiaj pamiętam słowa nauczycielki "jak dziewczynki mają miesiączkę, to należy im pomagać i odsuwać krzesło przy ławce, bo to trudny czas". Fajnie, wszyscy zrozumieli. Aaaa czy już wspominałam, że na WDŻ byliśmy podzieleni na dwie grupy? Tak! Dziewczyny osobno, chłopcy osobno. Nie dowiedzieliśmy się na lekcjach, jakie są możliwe zabezpieczenia, co się dzieje, jeśli ktoś nie stosuje zabezpieczeń, jak odpowiedzialne i trudne jest wychowywanie dziecka. 10-latkom można przekazać tę wiedzę w odpowiedni sposób pod warunkiem, że zajęcia są prowadzone przez kompetentne osoby. Powtórki już później nie było. No tak mnie te zajęcia przygotowały do życia w rodzinie, że o matko! I tak dobrze, że trafiłam na panią od przyrody. Inni mieli gorzej, bo trafili na 60-letnią katechetkę albo księdza.

2. Podstawy przedsiębiorczości

Przedmiot wydawałoby się ważny i pojawił się w liceum. Dla młodych ludzi, którzy niebawem wejdą w dorosłe życie, może być bardzo pomocny w podjęciu aktywności zawodowej. Pięknie brzmi. Czego się nauczyłam? Niczego! Coś pamiętam, że było o PKB, coś o rodzajach spółek. Nic więcej nie pamiętam. Nie dowiedziałam się tam jak napisać dobre cv, jak przygotować się do rozmowy o pracę czy jakie formalności ogarnąć, żeby założyć działalność gospodarczą. Nie rozmawialiśmy o tym, skąd pozyskać środki na realizację pomysłu na biznes. Totalna strata czasu, a wszystkie informacje zdobywałam na własną rękę. 

3. Godzina wychowawcza

WTF? Co to w ogóle było?! Raz w tygodniu odbębnialiśmy bezsensowną godzinę, podczas której nie działo się nic. Aaa sorry, czasem ogarnialiśmy gazetkę klasową, czyli obwieszaliśmy korkową tablicę bzdetami. Ogólnie dla dzieciaków to był dobry czas. Nie musieliśmy nic robić, nie było sprawdzianów i odpytywania. Mogliśmy odpocząć. Zdarzało się, że na forum wychowawca robił przegląd uwag z całego tygodnia i smęcił, że nie możemy się tak zachowywać. Tak, bardzo wychowawcza była ta godzina...

4. Religia

To teraz pewnie dałam do pieca. Tak, twierdzę, że nie powinno być religii w szkołach. I nie chodzi tu o wybór między religią a etyką. Po prostu religia nie powinna być przedmiotem w szkole wliczającym się do średniej ucznia. 2 godziny w tygodniu poświęcane są na religię. Wiesz, jak wyglądało to w szkołach, do których chodziłam? W podstawówce samo przygotowanie do komunii było trudniejsze niż nauka tabliczki mnożenia. Sprawdziany, wykuwanie na pamięć modlitw i regułek, ćwiczenie całej ceremonii, a wszystko pod okiem surowej, już ledwo mówiącej starszej pani. Pamiętam, że była nieprzyjemna. Potem nie było lepiej - sprawdzanie zeszytu, czy mamy ładnie wklejone obrazki i wieczne kartkówki. Aaa do tego zbieranie podpisów z mszy w specjalnym zeszycie. W gimnazjum mieliśmy księdza plotkarza, który w ogóle nie prowadził lekcji, tylko nawijał jak katarynka o tym, co się dzieje w szkole. Trafiła nam się też katechetka, która kompletnie nie dawała sobie z nami rady, a że w klasie było kilku niesfornych kolegów, to kobieta poddała się i graliśmy zwykle w karty. Tylko w liceum mieliśmy fajną babeczkę, z którą mogliśmy porozmawiać i nie bała się trudnych tematów. Tak czy inaczej, to zawsze były zmarnowane 2 godziny w tygodniu. W tym czasie moglibyśmy uczyć się dodatkowego języka albo matematyki, z którą większość klasy sobie nie radziła.

5. Testy na koniec podstawówki, testy gimnazjalne, matura

To największy absurd! Nie wiem w ogóle, po co organizować testy na koniec szkoły podstawowej. Może ktoś z oświaty mi to wyjaśni? Nic to nie wnosi, a dzieciaki się stresują. Poziom testów gimnazjalnych to jakiś żart, a i tak gimbaza ma problem, żeby osiągnąć średni wynik. Matura? Kiedy ja zdawałam, nie było obowiązkowej matematyki. Byłam w klasie humanistycznej, a i tak zdecydowałam się na matematykę. Byłam w tym dobra. Odkąd ten przedmiot jest obowiązkowy, poziom egzaminu spadł drastycznie, co i tak nie stoi na przeszkodzie, żeby oblać, bo maturzyści nie ogarniają pola trójkąta równobocznego. Może więcej religii? W tym wszystkim jednak najbardziej absurdalne dla mnie jest to, że przez tego typu egzaminy szkoła nie uczy myśleć, a jedynie zaliczać zgodnie z kluczem. Na maturze z polskiego w części z wypracowaniem nie powinno być w ogóle słowa "zinterpretuj" w poleceniu. Tu nie ma miejsce na interpretację, bo Twoje odczucia i wrażenia mogą być niezgodne z odpowiedzią jakiegoś bubka, który układał klucz. Wiesz, co usłyszeliśmy od naszej nauczycielki przed maturą? Że mamy pisać jak najwięcej, co nam do głowy przyjdzie, bo wtedy mamy szansę, że z czymś się wstrzelimy w klucz. Paranoja!!! Jako inteligentna młodzież buntowaliśmy się i często rozmawialiśmy z nauczycielami o bezsensowności matury. Przyznawali nam rację, ale nauczyć się myśleć schematycznie i tak musieliśmy. Matura owszem, ale nie w tej formie.

Podzieliłam się z Wami swoimi doświadczeniami. Z jednej strony to był fajny czas. Beztroska zabawa, trochę obowiązków i zmartwienia, które teraz wydają się śmieszne. Z drugiej jednak bezsensowność tak wielu rzeczy jest przerażająca. Szkołę skończyłam parę lat temu i nie wiem, jak to teraz wygląda. Słyszę jednak informacje o tym, że matura z roku na rok idzie coraz gorzej, że gimnazjaliści nie radzą sobie z testami, a wykładowcy na uczelniach narzekają, że muszą robić powtórki z materiału z liceum, bo nikt nic nie ogarnia. Cóż... Może kiedyś będzie lepiej. Oby.


Jeśli spodobał Ci się ten wpis, daj mi o tym znać ;) Każdy sygnał od Ciebie i innych czytelników jest dla mnie bardzo ważny i sprawia, że chcę być coraz lepsza. Aby docenić moją pracę, możesz:
- skomentować wpis tutaj
- skomentować wpis na fanpage Bizimummy
- udostępnić wpis swoim znajomym

0 komentarze: