Czy mama powinna wrócić do pracy? 5 argumentów przeciw

21:48 bizimummy 0 Comments


Podjęcie decyzji o powrocie do pracy po urlopie macierzyńskim nie jest łatwe. Pisałam już o argumentach przemawiających za powrotem (kliknij, żeby przeczytać) i żeby nie być gołosłowną, przedstawiam również argumenty przeciw. Bo wcale nie jest tak kolorowo. Pomimo powrotu do aktywności zawodowej i sporej satysfakcji z tym związanej, jest też wiele minusów, które utrudniają codzienne funkcjonowanie.


Ja podjęłam świadomie decyzję o powrocie do pracy. Wiedziałam, co się z tym wiąże i jakie mogą być konsekwencje. Mimo wszystko wyczytane informacje czy relacje innych mam nijak się mają do rzeczywistości. To jest coś z serii Przeżyj to, a dopiero wtedy będziesz wiedziała, jak to jest. Przeżywam to każdego dnia i cóż... nie będę ściemniać, że jest rewelacyjnie. Na własnym przykładzie powiem Ci, dlaczego powrót do pracy to kiepski pomysł. 

1. Ciągły pośpiech

Pamiętam, jak kiedyś po skończeniu pracy, nie wsiadałam do autobusu, tylko szłam kilka przystanków dalej z kawą z pobliskiej kawiarni w ręce, bo po prostu miałam ochotę na spacer. Teraz od poniedziałku do piątku nie ma mowy o samotnych spacerach. Cały czas gdzieś się spieszę. Rano muszę szybko ogarnąć siebie i Hankę, zaprowadzić ją do żłobka i dojechać do pracy. Wszystko w biegu. Oczywiście normą jest to, że 5 minut przed wyjściem dziecię obleje się wodą, albo narobi w pieluchę tak, że muszę ją całą przebrać. Włączam wtedy tryb turbo i z dzieckiem pod pachą lecę do żłobka. Po pracy szybko wracam do domu, bo przecież chciałabym z dzieciem spędzić jak najwięcej czasu. Poza tym każda minuta opiekunki kosztuje. Do tego stale towarzyszące mi poczucie, że o czymś zapomniałam, czegoś nie załatwiłam, z czymś się spóźniam. Zwariować można.

2. Ogólny brak czasu

Nie posprzątam w ciągu dnia mieszkania. Nie ugotuję w południe obiadu. Nie przeczytam miliarda książek, a jedynie chapnę kilka stron w biegu. Ogólnie nie mam czasu! Jakoś trzeba sobie ten dzień poukładać, żeby nie żyć w chlewie z pustym żołądkiem i do tego zrobić coś dla siebie. Całe szczęście, że Hanka chodzi spać o stałej porze. Wieczory zatem wykorzystujemy na sprzątanie, prasowanie i gotowanie. Ograniczamy się w tym do minimum - zdrowe, szybkie dania, czysta podłoga, rozwieszone pranie i już. Udaje nam się wygospodarować nawet kilka minut, żeby zasiąść i coś tam obejrzeć, ale ja po chwili zasypiam, więc film oglądam jak serial. Nie jest tak każdego dnia i da się też odpocząć odrobinę. Zawsze jednak kiedy ktoś wyskakuje z tekstem A bo tak dawno się nie widziałyśmy, odpowiadam, że jako rodzice z reguły nie mamy czasu, ale wystarczy zdzwonić się parę dni wcześniej i wszystko da się ogarnąć, nawet wyjście na kawę. 

3. Wieczne kombinowanie

Stałam się mistrzem w kombinowaniu i planowaniu właśnie przez pośpiech i brak czasu. Musimy ustalać na cały tydzień z góry, kto będzie odbierał Hankę ze żłobka. Raz jest to babcia, raz opiekunka. One już same między sobą zaczęły się dogadywać, a ja wracam do domu i przejmuję dziecię. Gorzej jak przytrafi się choroba. Szybko muszę układać plan awaryjny na kolejny tydzień, żeby zapewnić Hani opiekę. Czasami wysiadam. Tak po prostu.

4. Stres x 1000!

Zawsze mówię, że w pracy odpoczywam. To fakt, bo zajmuję się totalnie innymi rzeczami i odrywam się od domowej rzeczywistości. Jakby jednak nie było, nie da się nie myśleć o dziecku i nie martwić. Na początku denerwowałam się tym, czy jest jej dobrze w żłobku. A może chodzi z zasikaną pieluchą? Może nikt się tam nią nie zajmuje? Może nie chce nic jeść, tęskni za mną i tylko płacze? Minęło. Wiem, że jest jej dobrze i ma dobrą opiekę. Ale może nasza opiekunka robi coś nie tak? Może Hania nie chce z nią spędzać czasu? A kiedy jest chora... już w ogóle odchodzę od zmysłów. Z czasem myślę o tym wszystkim mniej. Jednak matczyna miłość ma to do siebie, że i tak drżymy o nasze pociechy.

5. Wyrzuty sumienia

Najgorsze i dlatego ten argument zostawiłam na koniec. Nie spędzam z dzieckiem całego dnia. W czasie choroby nie zawsze mogę zostać z nią w domu i wtedy zajmuje się nią babcia lub opiekunka. Nawet nie wiesz, jakie mam wyrzuty sumienia z tego powodu. Wiem, że wiele mnie omija i dobija mnie to strasznie. To ciocie w żłobku wyklejają z nią kurczaczka na Wielkanoc. Ciocie pomagają zrobić laurkę na Dzień Babci. Ciocie się z nią bawią i uczą ją nowych rzeczy. Ja widzę i wspieram efekty. Cholernie przykro było mi, kiedy wróciłam pewnego dnia do domu, a nasza opiekunka oznajmiła, że Hania zrobiła sama 3 kroki. Potem siedziałam na podłodze i czekałam na powtórkę, na kolejne kroki, które dla mnie były pierwszymi. 

Kiedy wracam z pracy, odcinam się od świata. Jestem tylko dla Hani i staram się wykorzystać każdą minutę razem. Czytamy, bawimy się, rozmawiamy i wygłupiamy. Jest fajnie. Są jednak takie dni, kiedy po ciężkich ośmiu godzinach pracy mam wszystkiego dosyć i nie wchodzę do domu z szerokim uśmiechem, a myślą Dam radę do 20. Wtedy choćbym nie wiem, jak się starała, nie mam tyle siły na zabawę, ile bym chciała. Wybija upragniona 20, Hanka idzie spać, a mnie wyrzuty sumienia aż ściskają w środku. Bo nie było tak, jak chciałam, bo nie doprowadziłam Hani do dzikiego śmiechu, bo za mało było wygłupów. Trochę łez już przez to wylałam, choć to i tak nic nie zmieni. 

Nie ułatwiłam tym tekstem, wiem. Każda mama musi sama podjąć decyzję. Jednak jakiejkolwiek decyzji nie podjęłaś, nie pozwól się oceniać. Każde rozwiązanie ma swoje plusy i minusy i każde wiąże się z pewnymi wyrzeczeniami czy poświęceniami. 


Jeśli spodobał Ci się ten wpis, daj mi o tym znać ;) Każdy sygnał od Ciebie i innych czytelników jest dla mnie bardzo ważny i sprawia, że chcę być coraz lepsza. Aby docenić moją pracę, możesz:
- skomentować wpis tutaj
- skomentować wpis na fanpage Bizimummy
- udostępnić wpis swoim znajomym

0 komentarze: