Akcja "smoczek precz"! Czyli jak pożegnać smoczek

21:26 bizimummy 0 Comments

Smoczek, smok, dyduś, dudu, momo... i setki innych określeń znajdzie się na dziecięcego uspokajacza. Tak właśnie, uspokajacza i to bardzo wygodnego. Zawsze można dziecko zatkać i po płaczu. Dziecko spokojne i rodzice też. Tylko jak się go później pozbyć?


Odsmoczkowanie dziecka może przybierać różne formy. Jedni rodzice dają dziecku coś w zamian, inni próbują tłumaczyć, że to dla dzidzi, a ich pociecha jest już za duża, kolejni po prostu wyrzucają i liczą, że jakoś to będzie. Na nas też przyszedł czas i przyznam, że robiliśmy kilka podejść i za każdym razem wymiękałam. Wygodniej było zatkać Hanię, kiedy tylko zaczynał się wielki płacz, bo nie ma jej moka. Tak, tak, jestem wygodna. 

Kiedy w ogóle zabrać się za odsmoczkowanie? Najlepiej jak najszybciej, a jeszcze lepiej to nie używać go wcale, serio. Podziwiam rodziców, którzy od początku założyli, że nie będą stosować tego uspokajacza. Z perspektywy czasu uważam, że popełniłam błąd, wciskając dziecku smoczek. Biję się w pierś i mam nauczkę na przyszłość. Dlaczego to był błąd? Po pierwsze Hania przyzwyczaiła się, że smoczek w buzi ją uspokoi. Przez to inne metody średnio działały i każda histeryczna akcja kończyła się zatkaniem dziecka. Po drugie groził jej problem ze zgryzem, a to już poważna sprawa. Przyszłe wizyty u ortodonty byłyby mało przyjemne dla niej i dla naszego portfela. Mam nadzieję jednak, że obejdzie się bez ingerencji specjalisty. I po trzecie przysporzyliśmy jej trochę stresu, kiedy już postanowiliśmy na dobre odstawić smoka. A można było tego uniknąć...

Nie podam Ci gotowej recepty w punktach, bo każde dziecko jest inne i inaczej zareaguje na brak smoczka. Opowiem Ci za to, jak to wyglądało u nas. Zbliżały się drugie urodziny Hani i po kilku nieudanych próbach pozbycia się smoczka, byliśmy już bardzo zdeterminowani. Tym razem musiało się udać. Już od samego rana smoczek był schowany tak, żeby Hania go w ogóle nie widziała. W ciągu dnia cały czas ją zabawialiśmy i zagadywaliśmy, żeby tylko nie miała czasu pomyśleć o smoczku. Szło nam całkiem nieźle. Kiedy tylko zaczynała się rozglądać i wołać moka, szybko odwracaliśmy jej uwagę. Udawało się. Wiedzieliśmy jednak, że dzień to pikuś, bo prawdziwa jazda może zacząć się przy usypianiu. O dziwo, po paru minutach wiercenia się w łóżeczku, dziecię zasnęło. No pięknie. Przybiliśmy sobie ze Skibą piąteczkę i dumni z siebie pomyśleliśmy, że mamy to za sobą.

To jeszcze nie był koniec. Przez cały tydzień Hania w ciągu dnia rozglądała się za smokiem. Konsekwentnie omijaliśmy temat szerokim łukiem. Wieczory jednak były o wiele gorsze. Pierwsza noc była bajką w porównaniu do tego, co działo się przez kolejny tydzień. Ryk, szarpanie, gryzienie, ryk, ryk i ryk. Zacisnęliśmy zęby, oddychaliśmy głęboko i zużyliśmy całe pokłady cierpliwości. Udało się. Po tygodniu walki pozbyliśmy się na dobre smoczka! I wiesz co? Tak sobie myślę, że to my sami (rodzice) chyba mieliśmy problem ze smoczkiem i baliśmy się go odstawić, bo to naprawdę było dla nas wygodne. Sami chyba potrzebowaliśmy tego uspokajacza. 

Słyszałam jak innym udało się odsmoczkować dziecko w jeden dzień i nie było tragedii. Super, że nie mieli większego problemu. Jednak w przypadku, kiedy dziecko jest bardzo mocno związane z uspokajaczem, a wszelkie próby odstawienia kończą się histerią jedyne, co może pomóc nam rodzicom, to cierpliwość, wytrwałość i duuuużo miłości, którą przy każdej okazji możemy okazywać dziecku, żeby czuło się bezpieczne i spokojne. Powodzenia!



Jeśli spodobał Ci się ten wpis, daj mi o tym znać ;) Każdy sygnał od Ciebie i innych czytelników jest dla mnie bardzo ważny i sprawia, że chcę być coraz lepsza. Aby docenić moją pracę, możesz:
- skomentować wpis tutaj
- skomentować wpis na fanpage Bizimummy
- udostępnić wpis swoim znajomym

0 komentarze: