Trudne sprawy - problemy w żłobku

20:31 bizimummy 5 Comments


Wrzesień - początek roku szkolnego, przedszkolnego i żłobkowego. Co prawda żłobek, do którego chodzi Hanka, działa cały rok, ale organizacyjne zebranie dla rodziców, którzy teraz posłali swoje pociechy do placówki, jest jak najbardziej wskazane. Takie zebranie miało ostatnio miejsce.

Ja już jestem zaprawiona w bojach, bo było to moje drugie spotkanie. Najpierw część ogólna i omówienie spraw organizacyjnych, które były dla mnie oczywiste. Nie tylko dla mnie, a dla połowy zgromadzonych rodziców, których dzieci już od jakiegoś czasu chodzą do żłobka. Przynajmniej tak mi się wydawało. Przyznam, że toczona dyskusja była dla mnie totalną abstrakcją... zresztą sami przeczytajcie, jakie problemy omawiane są na zebraniach.

1. Chory, chorszy, najchorszy - pół godziny dyskutowaliśmy o tym, jaki katar świadczy o chorobie. Mówię serio. Bo moja córka ma zawsze katar, ale to nie znaczy, że jest chora. Bo mój syn to bywa chory, ale wtedy wygląda dobrze. Poważnie? Cała dyskusja dotyczyła posyłania chorych dzieci do żłobka. Kurde nigdy nie zaprowadziłam chorej Hanki do maluchów! Jeżeli musiała odchorować 2 tygodnie w domu, a na początku przygody ze żłobkiem tak bywało, to zostawała i koniec. Jasne, że rodzice nie mogą wiecznie zwalniać się z pracy. Ten argument też się pojawił. Powiem brutalnie, ale co mnie to obchodzi? Przepraszam, ale my też musimy sobie z tym radzić. Raz ja zostanę w domu, raz Skiba. Do tego pomaga nam pracująca babcia Hanki i niestety, ale płacimy też za opiekunkę w takich sytuacjach. Praca to żaden argument dla żłobka i dla mnie - matki, która też cierpi przez bezmyślność tych rodziców, bo muszę później kombinować. Tak na chłopski rozum, to chyba lepiej jak jedno dziecko zostanie w domu, niż cała grupa, prawda? Drugą kwestią, o której też rodzice zapominają, są powikłania. Nie jestem lekarzem, więc fachowo się nie wypowiem w tej sprawie, ale sama doskonale wiem, jak źle się czuję, kiedy nie mam czasu wyleżeć przeziębienia, tylko biegam, załatwiam i staję na głowie. Leczenie też wtedy trwa dłużej. To mówię ja, dorosła osoba, a co z małym dzieckiem, które dopiero buduje swoją odporność? Zaraz się przyplącze jakieś inne choróbsko. Rodzice chuchają, dmuchają na swoje dzieci. Zawsze musi być czapeczka, ledwo się ubrudzi, to trzeba umyć rączki, ale do żłoba może iść z wiszącym gilem. Bądźmy odpowiedzialni. Przeziębienie to całkiem poważna sprawa.

2. Buła - ten problem w zasadzie mnie rozbawił. Rodzice zaprowadzając dziecię do żłobka, dają maluchowi lub kupują po drodze bułę, rogalika czy inną przekąskę. Jak się domyślacie, dziecko wchodzi do placówki z tym jedzeniem. Wyobrażacie sobie, co się musi dziać w tym momencie z innymi dziećmi? Hanka jest głodomorem i jak tylko widzi, że coś przeżuwam, to chce to samo. Zdarzy się, że jem coś, czego nie mogę jej jeszcze dać. Oooo to się wtedy dzieje. A jak cała grupa postanowi się zbuntować, bo też chce rogalika? Współczuję ciociom, które później zostają z tym problemem i muszą uspokajać dzieciaki. Rodzice miejcie trochę wyobraźni.

3. Zabawki - każde dziecko ma swój ulubiony kocyk, pluszaka czy inną zabawkę. Hanka teraz zrobiła się bardzo misiowa i nie rusza się z domu bez pluszaka. Najczęściej chce zabierać ze sobą świątecznego misia z czerwoną czapką mikołaja. No bywa. Na szczęście do żłobka nie musimy nic zabierać. W końcu są tam zabawki. Ale, ale...już kiedyś zauważyłam, że często na szafce w szatni jest jakiś resorak, bo niektóre dzieci notorycznie przychodzą z domową zabawką. RESORAK! To jest żłobek i w takim miejscu mogą być nawet półroczne dzieci. Resorak w ogóle jest mały, więc niebezpieczny. Do tego ma małe kółeczka, które mogą odpaść. Kółeczka zamocowane są na metalowym pręciku, który wygląda jak gruba szpilka. Już mam przed oczami 10 wypadków, które może spowodować resorak. Poza tym walki o zabawkę też nie są fajne. Znowu współczuję ciociom.

Sama nie jestem ideałem. Zapominam o terminach, podpisach, albo że Hanka powinna coś przynieść danego dnia. Pilnuję jednak tego, żeby dziecko było zdrowe i nie uprzykrzało życia innym. Serio rodzice powinni mieć więcej wyobraźni.

Na koniec powiem Wam coś zabawnego. Okazało się, że w żłobku co jakiś czas jest dzień zabawki. Wtedy dzieci mogą przynieść z domu pluszaka (miękkiego pluszaka, a nie autka czy inne twarde i niebezpieczne rzeczy). Przez rok nie miałam o tym pojęcia! Nie zakodowałam tej informacji, przez co moje dziecko było zawsze poszkodowane. Aż mi źle z tym... kiedyś ją za to przeproszę. Może mi wybaczy. Następnym razem weźmie największego misia :)

5 komentarzy:

  1. Odpowiedzi
    1. Dzięki, nie znam się na tych rzeczach :D

      Usuń
  2. U nas zabawki mogły być we wrześniu, teraz w wybrany dzień. Więc ja Polkę odzwyczajałam już przez ostatnie 1,5 tygodnia od zabierania zabawek do przedszkola.
    Katar to temat rzeka, ale dla mnie katar to nie choroba, sorry, ale znam swoje dziecko i wiem kiedy jest naprawdę chore, a kiedy to tylko katar. I chorego bym do przedszkola nie posłała.
    Do przedszkola na szczęście nikt z jedzeniem nie przychodzi, więc ten temat nas omija :)
    Do żłobka Polka nie chodziła, bo go zwyczajnie u nas w mieście nie ma :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jasne, Hanka też miewa katar tak o. Niestety rodzice przyprowadzają dzieci naprawdę chore. Kaszlą i widać, że są osłabione. To jest niepoważne.

      Usuń
  3. O, a mnie ominęło zebranie w przedszkolu. U nas jest jeden dzień w tygodniu na przynoszenie zabawek. Jedzenie jest dla wszystkich takie samo (oprócz tych dzieci, co na dietach) i nie wyobrażam sobie sytuacji, że każde dziecko ma coś innego na śniadanko np.

    OdpowiedzUsuń