Prezenty dla noworodka i niemowlaka. Praktyczne rady dla rodziców i wręczających prezent


Mikołaj, święta, urodziny, baby shower czy też pierwsze odwiedziny u noworodka - okazji do wręczania prezentów młodym rodzicom i ich dzieciom jest sporo. Tylko co zrobić, żeby prezent nie okazał się bezużytecznym bublem, na widok którego rodzice będą przewracać oczami? Jak trafić w gust mamy i taty czy potrzeby dziecka? Pomogę Ci w tym!


Ta jedna rzecz w macierzyństwie, której nie mogę znieść


Wiedziałam, że będę kochać bezgranicznie. Byłam gotowa na nieprzespane noce, podwyższony poziom decybeli czy chroniczny brak czasu na cokolwiek. Nie liczyłam na macierzyństwo lukrem ociekające. Mimo to jest jedna rzecz w tych matczynych bojach, której znieść nie potrafię i nie daje mi spokoju. Taka szpila, która czasem wchodzi głęboko i nie pozwala oddychać.


Jak długo należy karmić dziecko? Ta odpowiedź może Ci się nie spodobać...



Jednym ze sporów, wydawać by się mogło nie do rozwiązania, jest dylemat, jak długo należy karmić dziecko. Jak w każdej bitwie mam na “ja wiem lepiej” tworzą się różne obozy, które wierzą w swoją rację. I tak raz pada oskarżenie, że to zdecydowanie za krótko, że zaleca się dłużej itd. A kolejnym razem słychać oburzenie, że to już za długo i wieje patologią. I kto tu ma rację?


Jakby nie było, dziecko jeść musi. A co będzie jadło, to już Twoja brocha. Owszem są zalecenia, są określone ramy czasowe na wprowadzanie pewnych rzeczy, ale nie ukrywajmy, że w dużej mierze to zależy od Ciebie. Jak długo natomiast dziecko powinno być karmione? No ta odpowiedź może wprawić Cię w osłupienie, ale ja to bardzo dokładnie przemyślałam i z tych rozmyślań wyszło mi takie przewrotne twierdzenie. Bo w tym całym karmieniu skupiamy się tylko na cyckach czy mlekach modyfikowanych. A co potem? Idź na polowanie i radź sobie sam? No nie. Biorąc pod uwagę to, że nasze dzieci zawsze będą przecież dziećmi bez względu na wiek, to… należy je karmić do końca życia! I tu mamy wszystkożernych istot załamały ręce, bo ile można, jak to zjada nawet światło z lodówki i taniej ubrać dziecię niż żywić. Za to jest nadzieja dla mam przysłowiowych niejadków. Może jeszcze uda się przekonać dziecia do łyżki zupy.

Ale jak to, zapytasz. To one nigdy nie będą samodzielne? Nigdy się nie wyprowadzą i nie zaczną żyć na własny rachunek? Spokojnie, przyjdzie czas, że młodzież zacznie traktować dom jak hotel, a Tobie będzie doskwierać cisza, za którą teraz tak tęsknisz. Tego nie unikniesz. Wyprowadzą się (choć zdarzają się przypadki uczepione maminej spódnicy) i będziesz miała chwilę spokoju, aż zaczną Ci podrzucać wnuki. Mimo wszystko wiek czy to, że nie mieszkacie już razem, nie decyduje o zaprzestaniu karmienia dzieciątka swojego. Na dowód tego przedstawiam Ci opracowaną przeze mnie teorię 5 etapów karmienia dziecka. Niestety przez wszystkie etapy przejdzie każda z nas...

5 etapów karmienia dziecka


1. Mleczna kraina


Pierwszy fantastyczny lub totalnie przerąbany etap, kiedy to młoda matka zderza się z rzeczywistością. Miało być tak pięknie, łatwo i mlecznie, a tymczasem sutki krwawią i piersi już jakby nie są jej własnością. I tu następuje chwila załamania. Padają ostre teksty w kierunku męża “jedź i kup mleko!”. Pojawiają się wyrzuty sumienia potęgowane przez inne mamy, bo to najgorsze, co mogłaś zrobić, niszczysz więź i takie tam. Można się do tego przyzwyczaić i olać. Są też szczęściary, dla których to rzeczywiście normalne, naturalne i bezproblemowe. Fajnie, że są. Butelką, piersią, strzykawką czy innymi wynalazkami tak się karmią dniami i nocami i jakoś przelewa się ten biały płyn przez ich życie. Często ląduje na matczynej bluzce, zasycha i udaje naturalną ozdobę. Tak miało być.

2. Podłoga w pięciu smakach


Po kilku miesiącach matka wraz z dziecięciem wchodzi w cudowny okres wiecznego popylania z mopem i papierowymi ręcznikami. No i tu mamy kolejny powód do wojny, bo kiedy niby ma to nastąpić? Zalecenia mówią jedno, cyferki na słoiczkach drugie, lekarz trzecie, a jeszcze babcia czwarte, bo przecież jej dzieci dostawały kotleta do ręki i żyją. Pamiętaj, że tak czy siak, na pewno postąpisz źle :) Wracając do tematu… Jeśli matka ma psa, to jest farciarą, a pies ma wyjątkowo bogatą dietę. Bez psa sorry Gregory i na kolana, bo oto zaczyna się etap plucia, babrania i wyrzucania wszystkiego z krzesełkowej tacki. Jedyne co możesz zrobić, to uzbroić się w cierpliwość, zapas płynów i ręczników lub mokre chusteczki, które nadają się do wszystkiego. Dobrym rozwiązaniem jest również ofoliowanie wszystkiego łącznie z sufitem i psem i po każdym posiłku wywalanie umazanej folii. Jak wolisz.

3. Zje albo nie zje. Oto jest pytanie


To jak do tej pory najbardziej stresujący etap, na którym właśnie utknęliśmy. Rozpoczyna się zwykle około drugiego roku życia dziecka i trwa przez kolejne kilkanaście lat. Charakteryzuje się przede wszystkim tym, że matka stoi przy garach, wymyśla, wycina domki z kanapeczek, szuka przepisów na kolorowe i wartościowe dania z nadzieją, że tym razem małolat chociaż skubnie odrobinkę, a on w podzięce spojrzy krzywo, mlaśnie, odsunie talerz i powie “nie lubię tego”. Tu zwykle wywiązuje się bezsensowna rozmowa, że skąd wie, że nie lubi, skoro jeszcze nie spróbował itd. To nigdy skutku nie przynosi, bo przecież jak młode się uprze, to koniec tematu i pozamiatane. Możesz sama się nacieszyć tymi domkami. W końcu masz dość i następnego dnia powtarzasz czynność, i następnego, i następnego… Nic się nie zmienia. Czasem zdarzy się, że dziecko wpakuje do paszczy jakiś nowy pokarm. Prawdopodobnie to tylko błąd systemu, ale euforia matki jest tak ogromna, jakby zdobyło złoto na olimpiadzie. Jest też druga strona medalu na tym etapie, która tym biednym matkom wydaje się cudowną, nieistniejącą krainą. Taka jedzeniowa utopia. Otóż są mamy, których dzieci jedzą wszystko! Rozumiesz? WSZYSTKO! I w każdych ilościach. Ja nie wiem, jak to jest, więc dalej nie będę się rozpisywać. Moje za to śpi całą noc, a nie można mieć przecież wszystkiego.

4. Domowy hotel i restauracja


Etap rozpoczynający się w wieku nastoletnim, kiedy starzy ględzą bez sensu, świat jest beznadziejny, szkoła do dupy i tylko rówieśnicy rozumieją ból latorośli. Wszystko poza domem jest ciekawsze, szczególnie znajomi, dlatego dziecko zaczyna zaglądać do domu okazjonalnie. Będziesz mogła je zobaczyć mniej więcej w porze obiadowej, kiedy wpadnie na kwadrat po lekcjach i na dzień dobry usłyszysz “co na obiad?”, a chwilę potem “znowuuu?”. Jednak to nie jest czas na wybrzydzanie. Liczy się szybkość jedzenia, bo za rogiem czekają Anka z Matim, który buja się w Twojej córce. Ten stan utrzyma się już w zasadzie do czasu wyprowadzki z domu. Może na studia?

5. Wpadli, zeżarli, w pudełkach zabrali


Wyprowadzka, tragiczne łzy stęsknionej matki wylane pierwszej nocy, zaglądanie co 5 minut do pustego pokoju i powstrzymywanie się przed ponownym wybraniem numeru dziecka w telefonie dwudziesty raz tego samego dnia, to jeszcze nie koniec przygody z karmieniem. Otóż teraz rozpoczyna się etap zapraszania na weekendowe obiadki, kiedy zaczniesz serwować 2 zupy, 5 rodzajów mięs i 3 różne domowe ciasta. Przecież zawsze tak gotowałaś ;) A biedny student z przyjemnością wpadnie, spałaszuje i zabierze ze sobą wałówkę na kolejny tydzień. Dlatego będąc na zakupach, zawsze z zaciekawieniem będziesz spoglądać na promocję na plastikowe pudełka. Z czasem zacznie przyprowadzać ze sobą osobę towarzyszącą, a potem własne dzieci do wykarmienia.

Jak sama widzisz, nie ma zmiłuj. Tak droga matko, będziesz karmić do końca swego życia czy tego chcesz, czy nie. Dlatego nie skupiaj się bez sensu tylko na tych pierwszych miesiącach. Nie pluj sobie w brodę, że zakończyłaś szybko karmić piersią. Nie tłumacz się, że nie było pokarmu czy coś tam. Nie daj sobie też wmówić, że robisz to stanowczo za długo. Nikt Wam tych chwil nie odda. Przecież to i tak tylko ułamek z naszego życia. Pomyśl długofalowo, bo wszystkie, tak czy inaczej, będziemy tkwić w garach przez dłuuuugie lata.



Jeśli spodobał Ci się ten wpis, daj mi o tym znać ;) Każdy sygnał od Ciebie i innych czytelników jest dla mnie bardzo ważny. Aby docenić moją pracę, możesz:
- skomentować wpis tutaj
- skomentować wpis na fanpage Bizimummy
polubić fanpage Bizimummy (klik) (tam pojawia się dużo fajnych rzeczy)
- udostępnić wpis swoim znajomym

Wygląda jak typowa matka... Zanim tak pomyślisz o kimś, przeczytaj ten tekst


Tak już się utarło, że matka polka (choć pewnie ten stereotyp funkcjonuje na całym świecie) nie wygląda dobrze. Nie wiem, skąd w ogóle to twierdzenie, bo w każdej grupie społecznej znajdą się ludzie, którzy nie wyglądają dobrze, no ale zmierzmy się z tym. Co zazwyczaj mówi się o matkach? Wybacz, ale przytoczę tu kilka nieprzyjemnych określeń, których nienawidzę - rozlazła, wymemłana, nieogarnięta. Jak jakaś odbiega od tego kanonu, to z pewnością tylko dlatego, że ma kupę kasy, sama nie zajmuje się dzieckiem, bo na pewno robią to nianie, w ogóle wątpliwe jest to, czy urodziła, bo za szczupła po porodzie i za mało tej rozlazłości w niej. Tak źle i tak niedobrze.


Można rzec, że te przeciętne mają lepiej, bo w ich przypadku ludzie myślą “phi… nic nadzwyczajnego” i mają spokój. Choć nie do końca potrafię zidentyfikować przeciętność. Zawiść ludzka nie zna granic i nie da się wszystkim dogodzić. Zresztą w kwestii wyglądu to nie komuś mamy robić dobrze, tylko sobie. Ot co! Rada zatem jest tylko jedna - olać najlepiej ciepłym moczem. Bo to my mamy czuć się dobrze we własnej skórze. Bo to my musimy uporać się wewnętrznie, przeboleć i opłakać zmiany, które zaszły w naszych ciałach podczas ciąży. Jednym to pasuje, innym nie. Każda patrzy na siebie inaczej i co innego w głowie jej siedzi. Fajne są te umięśnione pupy i te bardziej okrągłe. Jeszcze fajniejsze są ciuchy, które coś zasłonią, a co innego wyeksponują.

No i tu pojawia się kolejny dramat, bo jak matka powinna się ubrać? Kompletnie nie mam o tym pojęcia! Czy istnieje jakiś podręcznik mody dla mam? Bo mam wrażenie, że ta życiowa rola definiuje każdy obszar naszego jestestwa. Jak się ubierać, jak wyglądać, co jeść, co czytać, czym jeździć i jak się zachowywać. I te wszystkie elementy składają się na “typową matkę”. Podam Ci konkretne przykłady. Ja akurat nie czuję się w wyzywających kreacjach, ale mama, która odsłoni trochę więcej uda i nie daj buk, ma zrobione paznokcie, to zdzira, a jej dziecku należy współczuć. Tatuaże - patologia, z dziecka nie wyrośnie nic dobrego. Musztardowy golf - zakonnica, dzieciak pewnie bez różańca spać nie chodzi. Jeansy i koszulka - zbyt normalna, na bank leją dzieciaka. I tak długo można jeszcze wymieniać. O każdym mamy coś do powiedzenia, a mama mówiła, nie oceniaj książki po okładce. Skoro każda opcja jest zła, to jak byłoby dobrze?

Tak czy inaczej, w tym wszystkim jest jeden bardzo zabawny aspekt. Jeśli ktoś jest znany, to więcej mu wolno. Bo jak taka celebrytka wyjdzie na spacer z dzieckiem i potem widzisz jej zdjęcie na fejsbuku, to wszystko jest ok, jeśli ona ma na sobie szare spodnie dresowe, różową bluzę, buty sportowe, włosy bez ładu i składu zawinięte w rozjechany koczek. To wręcz takie modne i już dziewczyny lecą szukać tego ekskluzywnego dresu, a w sieci pojawiają się tutoriale, jak zawinąć sobie takiego niedbałego koczka. Mój koczek raczej przypomina koziego bobka bezwiednie zwisającego na czubku głowy, dres niby podobny, ale jednak niemodny i nikt się mną nie zachwyca na osiedlowych uliczkach. Na mnie wtedy patrzą jak na tą typową matkę. Rozmemłana, nie ma nawet czasu, żeby porządnie się ubrać. Tylko wiesz, jaka jest prawda? Że mnie to w ogóle nie obchodzi i Ciebie też nie powinno. Bo mi jest dobrze ze sobą w każdej wersji - dresowej, eleganckiej, codziennej, sportowej, na szpilkach i w kaloszach, z tapetą i bez niej. Ja nie mam z tym problemu. Wyglądam zawsze stosownie do okazji.

Nie lubię też tego straszenia, że po urodzeniu dziecka świat się kończy i na nic już nie ma czasu. Że obrzygane ciuchy lub z innymi niezidentyfikowanymi plamami to codzienność. Bywa ciężko na początku, ale z czasem można się zorganizować. Nie róbmy z siebie typowych matek tak wewnętrznie, co to ubolewają nad swoim tragicznym losem. Cieszmy się macierzyństwem a czy to w dresie, czy w szpilkach, to już Twój wybór. Ja za to powiem Ci jedno:

Jeśli kolejny dzień mam włosy związane w kitkę, to dlatego, że tak mi wygodnie i dobrze się czuję, a nie dlatego, że jestem mamą i pewnie nie mam czasu się uczesać.

Jeśli nie mam pomalowanych paznokci to dlatego, że nie lubię ich malować, a nie dlatego, że lakier mi zszedł po całym dniu stania przy garach i myciu podłogi na kolanach.

Jeśli widzisz mnie w sklepie i mam na sobie dres, to dlatego, że jest mi w nim dzisiaj cholernie wygodnie i prawdopodobnie zaraz będę szaleć na placu zabaw z dzieckiem, a nie dlatego, że po porodzie w mojej szafie są tylko ciuchy “po domu”.

Jeśli nie jestem pomalowana, to dlatego, że nie mam kompleksów, lubię swoją twarz, a dzisiaj moim makijażem są rozjaśniające buziaki córki, a nie dlatego, że przez bycie mamą przestałam dbać o siebie.

Bycie mamą nie ma z tym nic wspólnego. To po prostu ja. Dzisiaj w dresie i z kitką, jutro w kiecce z czerwonymi ustami. 


Jeśli spodobał Ci się ten wpis, daj mi o tym znać ;) Każdy sygnał od Ciebie i innych czytelników jest dla mnie bardzo ważny. Aby docenić moją pracę, możesz:
- skomentować wpis tutaj
- skomentować wpis na fanpage Bizimummy
polubić fanpage Bizimummy (klik) (tam pojawia się dużo fajnych rzeczy)
- udostępnić wpis swoim znajomym

Rodzina, dom, praca, blog. Z czegoś w końcu trzeba zrezygnować


Rodzina, dom, praca, blog. Tak sobie od ponad dwóch lat ten mój bałagan życiowy funkcjonuje. I choć jestem osobą, która im więcej ma na głowie, tym lepiej potrafi się zorganizować, a totalny brak zajęć wprowadza chaos do mojej codzienności, to przerażają mnie kolejne pomysły, które rodzą się w tym moim małym rozumku. No bo jak? Kiedy? Tego nie da się zatrzymać!



Dbanie o bezpieczeństwo dziecka czy popadanie w paranoję? Jak Ty byś się zachowała w tej konkretnej sytuacji?

Od urodzenia chuchamy i dmuchamy na te nasze małe istotki. Uważaj, bo się uderzy, spadnie, poślizgnie i w ogóle może sobie na każdym kroku zrobić krzywdę. Zabezpieczamy gniazdka w ścianach, oklejamy rogi mebli, chowamy głęboko niebezpieczne rzeczy. A wszystko po to, żeby zapewnić dziecku bezpieczeństwo. Pomimo tego, że w domu obchodzimy się z maluchem jak z jajkiem, to okazuje się, że w przestrzeni publicznej i kontaktach z innymi ludźmi to bezpieczeństwo nie jest aż tak istotne, a podejrzliwa mama jest jedynie przewrażliwioną mamuśką, co to dziecko pod kloszem powinna trzymać, skoro aż tak wydziwia. Niech lepiej nie popada w paranoję…


Hej dziewczyno! Pamiętaj, że nigdy nie będziesz gorszą mamą i nie daj sobie wmówić, że jest inaczej



Kompletnie nie ma dla mnie znaczenia, jak rodziłaś i jak karmiłaś. Nie obchodzi mnie czy bujałaś na rękach do snu, bo tego potrzebowało Twoje dziecko, czy mogłaś je spokojnie odłożyć do łóżeczka. Naprawdę nie interesuje mnie to, ile razy w tygodniu pozwalasz maluchowi zjeść coś słodkiego i ile razy włączysz mu bajkę, żeby mieć choć odrobinę spokoju. Zachowaj to dla siebie, usiądź i przeczytaj, co chcę Ci powiedzieć.